To imię wyssało z pokoju całe powietrze. Marcus zesztywniał obok mnie.
„Och?” Patricia się rozjaśniła. „Jak się czuje? Taka urocza dziewczyna. Rodzina Castellano zawsze była nam tak bliska. Ich luksusowy import… kwitnie”.
„Pytała o Marcusa” – kontynuowała Vivienne, wpatrując się we mnie. „Wciąż jest singielką. Zupełnie jakby czekała, aż coś się… wyjaśni”.
Nie byli po prostu niegrzeczni; byli okrutni. Przez następne dwadzieścia minut wygłaszali mowę pochwalną na cześć związku Marcusa z tą Alexandrą, kobietą, która najwyraźniej idealnie do niego pasowała pod względem pochodzenia i statusu podatkowego. Siedziałam tam, krojąc kurczaka, zdając sobie sprawę, że Marcus – mężczyzna, który twierdził, że mnie kocha – nic nie mówi. Wpatrywał się w swój talerz, tchórz w garniturze szytym na miarę.
Kiedy podano deser, przeprosiłam i poszłam do toalety. Potrzebowałam chwili, żeby odetchnąć, żeby stłumić narastającą falę gniewu. Szłam korytarzem ozdobionym portretami rodziny, wyglądającej dostojnie i z zaparciami.
Ale nie dotarłam do toalety.
Usłyszałam głosy dochodzące z uchylonych drzwi gabinetu. Patricia i Vivienne.
„Musimy ogłosić zaręczyny dziś wieczorem” – syknęła Patricia.
„Ale dlaczego?” – argumentowała Vivienne. „Powinien być z Alexandrą. Fuzja…”
„Fuzja wymaga czasu, idioto” – warknęła Patricia. „Harold mówi, że finanse krwawią. Jeśli nie zabezpieczymy sieci dystrybucji Castellano, stracimy franczyzę. Marcus musi utrzymać Alexandrę w ryzach, ale potrzebujemy czegoś, co odwróci uwagę. Ta dziewczyna… ta Ella… jest idealną zastępczynią”.
Zamarłam. Krew mi zmroziła krew w żyłach, a potem zrobiło się gorąco.
„Zastępczyni?” – zapytała Vivienne.
„Jest pospolita. Naiwna” – powiedziała Patricia, a jej głos zniżył się do konspiracyjnego szeptu. „Niech się bawi. Podpiszemy umowę z Castellano, a potem znajdziemy sposób, żeby się jej pozbyć. Skandal, łapówka, cokolwiek. Marcus zna plan. On po prostu trzyma się otwartych opcji”.
„Przynajmniej jest zbyt głupia, żeby cokolwiek podejrzewać” – zaśmiała się Vivienne. To był suchy, paskudny dźwięk.
Stałam na korytarzu, a wibracje ich złośliwości dudniły w podłodze. Zastępczyni. Głupia. Zwykła.
Nie tylko mnie nienawidzili. Wykorzystywali mnie jako ludzkie zabezpieczenie, żeby ratować swój upadający biznes. A Marcus – mój kochany, troskliwy Marcus – był w tym świadomy.
Cofnęłam się, a puls walił mi jak bęben bojowy o żebra. Mogłam odejść. Mogłam uciekać. Ale Margaret Graham nie wychowała biegacza. Wychowała architekta. A architekci wiedzą, że zanim zburzy się gnijącą konstrukcję, trzeba zidentyfikować ściany nośne.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam z powrotem do salonu. Nie poprawiłam makijażu. Nie wygładziłam włosów. Pozwoliłam, by gniew wyostrzył moją uwagę.
Gra właśnie się zmieniła. A Whitmore’owie nie mieli pojęcia, kto trzyma kontroler.
Kiedy wróciłam do pokoju, dynamika się zmieniła. Harold wyglądał na spoconego. Patricia triumfowała. A Marcus wyglądał jak człowiek idący na szubienicę.
Podszedł do mnie, wziął mnie za ręce i uklęknął na jedno kolano.
To się działo. Pułapka się zatrzasnęła.
„Ella” – zaczął, recytując słowa, które brzmiały, jakby zostały sporządzone przez komisję. „Wiem, że to niedługo, ale… chcę cię mieć u boku”.
Wyciągnął pierścionek. Był duży, krzykliwy, a w świetle reflektorów widziałam, że diament jest matowy. Kamień z skazą w wadliwej oświadczynie.
Spojrzałam na niego. Naprawdę na niego spojrzałam. Dostrzegłam słabość w jego szczęce, oszustwo w jego oczach. Pomyślałam o Alexandrze. Pomyślałam o tym „zastępczym”. Każdy instynkt podpowiadał mi, żebym go spoliczkowała i wyszła.
Ale wtedy z rogu pokoju dostrzegłam wzrok Richarda Hartleya. Przyglądał mi się z intensywnością, która mnie zaniepokoiła. Lekko pokręcił głową, a potem skinął głową. Czekaj, zdawało się mówić jego spojrzenie. Jeszcze nie.
„Tak” – powiedziałam.
To słowo smakowało żółcią.
Patricia klasnęła w dłonie, wydając głuchy, perkusyjny dźwięk. Vivienne uśmiechnęła się krzywo. Umowa została zawarta. Zastępczy element był na miejscu.
Resztę wieczoru upłynął pod znakiem toastów szampanem i protekcjonalności. Gdy wychodziłem, Marcus szedł…
Zabrał mnie do mojego Subaru.
„Naprawdę cię lubią” – skłamał. „Mama potrafi być intensywna, ale chce dobrze”.
Leave a Comment