Rozległ się niespokojny śmiech. Ktoś zbyt głośno stuknął kieliszkiem tuż przy stole. Ktoś inny odchrząknął. Riley zamarła, a jej knykcie zbielały, gdy zacisnęła dłoń na brzegu adamaszkowego obrusu.
Wpatrywałam się w błysk czerwonego wina wirujący w jego kieliszku. Odbijał światło żyrandola niczym natleniona krew.
Powoli, z rozmysłem wstałam. Antyczne krzesło zaskrzypiało na drewnianej podłodze, wydając ostry dźwięk w nagłej ciszy.
„Panie Harrington” – powiedziałam cicho, a mój głos brzmiał spokojnie i stanowczo, niczym głos brygadzisty. „Czy pan w ogóle wie, ile kosztuje stabilność?”
Cisza zapadła w pomieszczeniu. Była absolutna. Walter zamrugał, a jego uśmieszek lekko zbladł – niczym włoskowate pęknięcie w porcelanie – zanim wrócił.
„Ach” – mruknął, ponownie mieszając wino. „Siostra mówi”.
Leave a Comment