„Alex, ratunku! O mój Boże, tyle krwi!”
W tle słyszałem nieomylny dźwięk deszczu bębniącego o metal i syczenie pary z chłodnicy.
Współrzędne GPS, które Kyle wysłał, zaprowadziły mnie na odludny odcinek Old Mill Road, krętą, dwupasmową asfaltową drogę śliską od deszczu i mgły.
Najpierw zobaczyłem ślady hamowania. Długie, czarne blizny przecinające asfalt, prowadzące z pobocza do linii drzew.
Porsche Kyle’a owinęło się wokół słupa telefonicznego. Przód był zgnieciony jak folia aluminiowa, a para unosiła się w wilgotne nocne powietrze. Reflektory były rozbite, pozostawiając scenę oświetloną jedynie przyćmionym czerwonym blaskiem tylnych świateł.
Zjechałem samochodem na pobocze, włączając ukryte w grillu światła stroboskopowe – nawyk. Wyskoczyłem z latarką w dłoni.
„Kyle!”
Mój brat wytaczał się przez drzwi kierowcy. Cudem nie odniósł obrażeń, ale był w opłakanym stanie. Miał podarty garnitur, rozwichrzone włosy i nawet z odległości trzech metrów cuchnął szkocką.
„Alex!” Kyle podbiegł do mnie i złapał mnie za głowę.
Oodie. Jego oczy były szeroko otwarte, rozszerzone, przerażone. „Nie widziałem go! Przysięgam na Boga, wyskoczył znikąd!”
„Kto?” zapytałem, czując ucisk w żołądku.
Kyle wskazał drżącą ręką na rów.
Przepchnąłem się obok niego. W mokrej trawie, jakieś dwadzieścia metrów od miejsca uderzenia, leżało ciało.
To był młody mężczyzna, może dwudziestoletni. Miał na sobie uniform fast foodu. Jego rower leżał skręcony obok.
Uklęknąłem obok niego. Sprawdziłem puls. Był, ale słaby i nitkowaty. Oddychał płytko.
„Dzwoń na 911!” krzyknąłem do Kyle’a. „Natychmiast!”
„Ja… nie mogę!” szlochał Kyle. „Zadzwoniłem do mamy i taty. Już jadą.”
„Zadzwoniłeś do mamy i taty?” ryknąłem, wstając. „To dziecko umiera, Kyle! Wezwij karetkę!”
Światła reflektorów omiotły nas. Mercedes rodziców z piskiem opon zatrzymał się za moim samochodem. Robert i Linda wyskoczyli.
Nie pobiegli do ofiary. Pobiegli do Porsche.
„O Boże” – jęknęła Linda, patrząc na zgniecioną maskę. „Samochód jest do kasacji”.
„Kyle!” Robert złapał go za ramiona. „Jesteś ranny? Pokaż mi swoją twarz”.
„Nic mi nie jest, tato” – jęknął Kyle. „Ale spójrz na niego!” Wskazał na umierającego chłopca. „Uderzyłem go. Byłem… Wypiłem kilka drinków. Święto fuzji”.
Robert zbladł. Złapał Kyle’a za twarz, wciągając jego oddech. „Śmierdzisz jak destylarnia. Jazda pod wpływem alkoholu pozbawi cię awansu. Zarząd zwolni cię jutro, jeśli to się wyda”.
„Wiem!” – zawył Kyle. „Nie mogę iść do więzienia, tato! Nie jestem do tego stworzony!”
Przyglądałam się im z przerażeniem. Deszcz przesiąkał mi przez kaptur, przeszywając mnie na wskroś, ale to nic w porównaniu z chłodem bijącym od mojej rodziny.
„Myśl, Robert, myśl!” syknęła Linda, wycierając kierownicę chusteczką, którą wyciągnęła z torebki. „Nie możemy pozwolić, żeby Kyle wszystko stracił. On jest wiceprezydentem!”
„Umiera człowiek!” krzyknęłam, wchodząc w ich krąg. Mój głos był ochrypły. „A ty martwisz się o awans?”
Wszyscy odwrócili się, żeby na mnie spojrzeć. Po raz pierwszy zauważyli moją obecność od czasu przyjazdu.
Robert spojrzał na mnie. Potem na fotel kierowcy Porsche. Potem znowu na mnie.
W jego oczach pojawił się mroczny błysk. To było spojrzenie wyrachowane, pozbawione miłości, pozbawione moralności.
Spojrzał na Lindę. Wytrzymała jego spojrzenie przez chwilę, po czym powoli skinęła głową.
Odwrócili się do mnie jak stado wilków okrążające rannego jelenia.
„Alex” – powiedział Robert, a jego głos zniżył się do złowrogiego szeptu. Zrobił krok w moją stronę. „Ty prowadziłeś”.
Słowa zawisły w powietrzu, cięższe od mgły.
Leave a Comment