Sanktuarium św. Judy nie wydawało się miejscem komfortu; było jak próżnia, wydrążona przestrzeń, w której powietrze zostało zastąpione przez duszący, mdły zapach białych lilii i starego lakieru. Zapach ten zalegał w gardle, wspomnienie zmysłowe, o którym wiedziałam, że będzie mnie prześladować do końca życia, przywierając do mojej czarnej sukienki niczym druga skóra smutku.
Delikatne, poranne światło sączyło się przez witraże przedstawiające apostołów, rzucając na drewniane ławki rozproszone plamy rubinów i szafirów, ale kolory nie dawały ciepła. Nic nie mogło przeniknąć lodowatego chłodu, który osiadł w środku mojej piersi.
Siedziałam w pierwszym rzędzie, ze sztywnym kręgosłupem, wciśnięta w twarde drewno. Moje dłonie, drżące od delikatnej, niekontrolowanej wibracji, trzymały dwie małe urny. Były ceramiczne, chłodne w dotyku i oszałamiająco lekkie.
Moje bliźniaki. Oliver i Miles.
Leave a Comment