Moja jedenastoletnia córka, Hannah, to dziecko, które przeprasza stół, gdy na niego wpadnie. Porusza się po świecie, starając się zająć jak najmniej miejsca – cecha, którą niestety odziedziczyła po mnie, a której ja całe życie próbowałam się oduczyć. Nigdy do mnie nie dzwoni, kiedy jestem w pracy. Zna zasady obowiązujące na ostrym dyżurze: cisza jest złotem, a dzwoniący telefon grzechem.
Kiedy więc mój telefon zawibrował w kieszeni mojego uniformu po raz szósty, przedzierając się przez chaos oddziału urazowego, który pędził na kofeinie i adrenalinie, wiedziałam, że świat wywrócił się do góry nogami.
To był wtorek, który wydawał się poniedziałkiem. Naturalnie brakowało nam personelu. Połowa oddziału była chora na grypę, a druga połowa udawała, że nie. Zostałam nakrzyczana przez chirurga, który uważał sarkazm za ważną formę przywództwa, i opluta – dosłownie – przez pacjenta odtruwającego się po czymś, co pachniało jak palona guma. Działałam po trzech godzinach snu i napoju energetycznym, który smakował jak kwas akumulatorowy.
Leave a Comment