Nie odebrałem od razu. Naliczyłem trzy sygnały, regulując oddech i zwalniając tętno. Wdech na cztery. Przytrzymaj na cztery. Wydech na cztery.
„Cześć, kochanie” – odpowiedziałam, podnosząc głos do drżącego tonu starszej matki.
Nie było powitania. Tylko urywany, wilgotny oddech. Dźwięk rannego zwierzęcia, które próbuje zachować ciszę.
„Mamo…” Głos się załamał, szeptem pełnym czystego przerażenia. „Przyjdź po mnie, proszę… Nie mogę…”
Potem nastąpiła szamotanina. Telefon uderzył o coś twardego.
„Daj mi to!” – krzyk mężczyzny. Richard.
Połączenie ucichło.
Delikatnie odłożyłam słuchawkę na widełki. Nie krzyczałam. Nie płakałam. Moje tętno nie przyspieszyło; zwolniło do rytmu drapieżnika. „Babcia” zniknęła, odsłaniając oczy z zimnej, twardej stali, które nie widziały światła dziennego od dwudziestu lat.
To nie była kłótnia domowa. To była wrogie działanie.
Otworzyłam dolną szufladę mojego mahoniowego biurka. Pod stosem wzorów do robótek ręcznych leżało podwójne dno. Podważyłam je. W środku leżał stary, ciężki telefon satelitarny. Miał jeden przycisk. Czerwony.
Nacisnęłam go.
Podeszłam do szafy w przedpokoju i odsunęłam kwieciste płaszcze pachnące naftaliną. Nacisnęłam tylną klapkę. Kliknęła i otworzyła się, odsłaniając ukryty schowek wyłożony pianką akustyczną.
Wyjęłam kamizelkę taktyczną, sprawdzając ceramiczne płytki. Wyciągnęłam pistolet Sig Sauer P226 z kabury, odciągając zamek, żeby sprawdzić komorę nabojową. Była czysta, naoliwiona i gotowa do użycia.
Mój osobisty telefon komórkowy zawibrował na stole. Wiadomość z numeru zastrzeżonego.
Leave a Comment