„Proszę” – podszedł bliżej, jego wzrok powędrował w stronę domu, w którym ubierał się Blake. „Wejdź na tylne siedzenie. Pod koc. Obiecałem panu Bernardowi, że zaopiekuję się tą rodziną. Teraz potrzebuję, żebyś mi zaufał”.
Przywołanie imienia Bernarda było katalizatorem. Nie sprzeciwiłam się. Wsiadłam na tylne siedzenie, podciągnęłam jedwabne spódnice i zniknęłam pod ciężkim wełnianym kocem. Świat pociemniał, pachniał skórą i lawendą.
Pierwsza lekcja tego dnia: Czasem trzeba wejść w ciemność, żeby zobaczyć światło.
Drzwi samochodu zatrzasnęły się z trzaskiem. Chwilę później usłyszałam chrzęst kroków – szybkich, lekkich, energicznych.
„Gotowy do drogi, Fred!” Głos Blake’a był niczym błysk słońca. „Uwierzysz? Wielki dzień”.
„Zgodnie z planem, panie Blake” – odpowiedział Frederick, a jego głos był arcydziełem profesjonalnej neutralności.
Poczułam, jak fotel się unosi, gdy Blake wślizgnął się na miejsce pasażera. Jego woda kolońska – ta sama leśna woń, której używał Bernard – wypełniła niewielką przestrzeń. Ścisnęło mnie w gardle. Chciałam wyciągnąć rękę, dotknąć jego ramienia, powiedzieć mu, żeby uciekał. Ale stałam nieruchomo, niczym duch pod wełną.
Dziesięć minut po rozpoczęciu jazdy telefon Blake’a zawibrował na desce rozdzielczej.
„Hej, kochanie” – powiedział Blake, włączając głośnik. Głos Natashy wypełnił samochód, gładki jak miód.
„Dzień dobry, przystojniaku. Jak się czujesz?”
„Zdenerwowany” – zaśmiał się Blake. „Ale taki miły. Nie mogę się doczekać dzisiejszego dnia. Wszystko się zmienia po tym „tak”.
„Tak” – odpowiedziała Natashy. Zapadła chwila ciszy – zbyt długa, zbyt ciężka. „Wreszcie. Wszystko się zmienia”.
Nie brzmiała jak panna młoda. Brzmiała jak osoba finalizująca wielomilionową fuzję.
„Gdzie jest twoja mama?” – zapytała ostrzejszym tonem.
„Przyjeżdża osobno. Potrzebowała trochę czasu” – powiedział Blake.
„Dobrze” – wyszeptała Natashy. – „To dobrze”.
Dlaczego to było dobre? Przeszły mnie ciarki. Nagle ktoś próbował się przebić. Blake mruknął. „Znowu nieznany numer. Trzeci raz dziś rano”.
„Zignoruj to” – powiedziała natychmiast Natasza. Jej głos stracił miód; teraz był jak stal. „To pewnie spam. Nie pozwól, żeby cokolwiek cię dziś rozproszyło, Blake. Kocham cię. Do zobaczenia przy ołtarzu”.
Połączenie się urwało. Samochód milczał przez trzydzieści sekund, zanim telefon zadzwonił ponownie. Głośny, głośny sygnał.
„Na miłość boską…” – warknął Blake. „Halo? Mówiłem, żebyś nie dzwoniła pod ten numer! Powiedziałem, że się tym zajmę! Przestań do mnie dzwonić!”
Rozłączył się, gwałtownie machając kciukiem. Serce waliło mi jak młotem. Blake się przestraszył. Mój syn, mężczyzna, który nigdy nie miał przede mną tajemnic, okłamywał kobietę, z którą miał się ożenić. A może kłamał dla niej?
Samochód zwolnił. Poczułam zmianę kierunku – ostry skręt w lewo, zamiast jechać prosto w stronę katedry św. Filipa.
„Fred? Dokąd jedziemy?” – zapytał Blake zmieszanym głosem.
„Mały objazd, proszę pana” – powiedział Frederick.
Zadzwonił telefon Blake’a. „Wa
To… to SMS od Natashy. Pisze, że jest nagły wypadek u koleżanki. Chce, żebym ją odebrała przed kościołem. Wysłała adres.
Samochód szumiał na dziurach, a gładką autostradę zastąpił rytmiczny stukot osiedlowej zabudowy.
„To już koniec” – mruknął Blake. „Ale ta okolica… Przyjaciele Natashy mieszkają w Buckhead, Fred. Nie… tutaj.”
Samochód się zatrzymał. „Zaraz wracam” – powiedział Blake. Drzwi otworzyły się i zamknęły.
„Pani Hayes” – głos Fredericka był naglący. „Proszę wyjść. Natychmiast.”
Zrzuciłam koc, mój granatowy jedwab był pognieciony, a włosy lekko rozczochrane. Nie dbałam o to. Wyszłam na popękany chodnik przed skromnym, bladożółtym domem. Trawnik był zarośnięty. Na ziemi leżał zardzewiały dziecięcy rowerek trójkołowy.
Na skrzynce na listy widniał napis: RODZINA COLLINSÓW.
„Uważaj na boczne drzwi” – szepnął Frederick, wskazując na małe wejście dla służby ukryte za zarośniętymi żywopłotami. „Nie na front. Na bok”.
„Frederick, czego ja szukam?”
„Prawdy, Margot. Tylko patrz”.
Leave a Comment