Smak miedzi w ustach był pierwszą rzeczą, jaką poczułam, gdy świat przestał wirować. Był to gęsty, metaliczny zapach, który konkurował z ostrym smrodem wystrzelonych poduszek powietrznych i sykiem pary wydobywającej się z tego, co kiedyś było maską mojej Hondy. Nazywam się Rebecca Martinez i trzy tygodnie temu moje życie mierzono rytmicznym, bolesnym pulsowaniem złamanego obojczyka i ostrymi, kłującymi wspomnieniami trzech złamanych żeber.
Ratownicy medyczni byli sprawni, ich głosy rozmywały się niczym kliniczna natarczywość, gdy Szczęki Życia jęczały o poskręcany wrak mojego samochodu. Ciężarówka dostawcza uznała, że czerwone światło to tylko sugestia, uderzając mnie z prędkością sześćdziesięciu mil na godzinę. Kiedy przypinali mnie pasami do noszy, moja świadomość zamigotała jak dogasająca świeca, ale jedna myśl pozostała żarliwa: Emma.
Moja sześciotygodniowa córka była w domu z moją siedemdziesięciodwuletnią sąsiadką, panią Chin, która zgodziła się tylko na dwudziestominutowe okienko, podczas którego pobiegłam do sklepu spożywczego. Teraz pędzono mnie do szpitala County General, a dwadzieścia minut szybko zamieniało się w godziny.
Z drżącymi palcami i wzrokiem zasłoniętym szkarłatną zasłoną krwi z rozcięcia głowy, sięgnęłam po telefon w karetce. Nie zadzwoniłam jeszcze do męża, Marcusa; leciał samolotem z Dallas i miał wylądować dopiero za kilka godzin. Zadzwoniłam do mamy, Patricii.
„Rebecco, jestem w spa” – odpowiedziała po trzecim dzwonku, a w jej głosie słychać było już znajome westchnienie kobiety obciążonej istnieniem córki.
„Mamo” – wyszeptałam, a maska tlenowa parowała z każdym ciężkim oddechem. „Miałam wypadek. Poważny. Jestem w karetce. Emma jest z panią Chin… proszę, musisz ją odebrać”.
Leave a Comment