Trzy godziny później świat był już sterylnie biały i rozbrzmiewał szumem wysokiej klasy maszynerii. Arthur leżał w stabilnym stanie w Skrzydle VIP szpitala St. Jude, apartamencie, który bardziej przypominał pięciogwiazdkowy hotel niż salę szpitalną. Spał, a jego serce naprawiał zespół chirurgów, którzy panicznie bali się zawieść kobietę, która wypisywała im wypłaty.
Siedziałam w swoim gabinecie na najwyższym piętrze. Ściany od podłogi do sufitu były przeszklone, z widokiem na panoramę miasta. Nie miałam na sobie skromnych ubrań rodem z domu towarowego, które nosiłam na kolację. Miałam na sobie szyty na miarę grafitowy garnitur, a włosy spięłam w poważny, profesjonalny kok.
Moja asystentka, Sarah, włączyła się do telefonu. „Dyrektorze, w holu są trzy osoby. Victoria, Brad i Julian Vance. Domagają się spotkania z panem. Przyprowadzili prawnika”.
Odchyliłam się w skórzanym fotelu. „Proszę ich przysłać. A Sarah? Anuluj im ważność ubezpieczenia po drodze”.
Kiedy Vance’owie weszli do mojego biura, wydawali się mali. Ogromny sufit i minimalistyczny wystrój miały na celu danie gościom poczucia własnej nicości i po raz pierwszy to na nich zadziałało. Brad poprawiał krawat. Julian wyglądał, jakby miał ochotę zwymiotować. Victoria starała się zachować królewską postawę, ale jej dłonie zaciskały się na torebce z pobielałymi kostkami.
„Eleno” – zaczął Julian, robiąc krok w stronę mojego biurka. „Byliśmy po prostu… w szoku. Musisz zrozumieć, nie zdawaliśmy sobie sprawy z powagi sytuacji. Gdybyśmy wiedzieli, że jesteś Dyrektorem…”
„Gdybyś wiedział, że jestem Dyrektorem, byłbyś miły” – dokończyłam za niego. „Co oznacza, że twoja uprzejmość to transakcja. To nie cecha charakteru, to łapówka”.
„Nie możesz tego zrobić, Eleno” – powiedziała Victoria, a jej głos odzyskał nieco stanowczości. „Umieściłaś nas na czarnej liście dawców. Lekarz pierwszego kontaktu Brada zadzwonił do niego dziesięć minut temu i powiedział, że nie jest już pacjentem. To błąd w sztuce lekarskiej. To zawodowe samobójstwo”.
Powoli obróciłam się na krześle. Nacisnęłam klawisz laptopa i monitor wielkości ściany za mną rozbłysnął.
To było nagranie z monitoringu z jadalni Vance’a. Rozdzielczość 4K. Widać było pojedyncze kostki lodu uderzające w twarz Arthura. Widać było dokładny moment, w którym pięta Victorii wbija się w jego żebra. Widzieć było, jak Julian odwraca się plecami.
„Nie dzwonię na policję, Victorio” – powiedziałam cicho, wstając. Obeszłam biurko, a moje obcasy stukały jak metronom o marmurową podłogę. „Więzienie jest zbyt proste. W więzieniu państwo odpowiada za twoje zdrowie. Ale tutaj? Tutaj to ja jestem państwem”.
Victoria zbladła. „Nie pokazałabyś tego zarządowi. Pomyśl o skandalu. Pomyśl o reputacji Juliana”.
„Reputacja Juliana to trup” – powiedziałem. Przysunąłem się do Victorii tak blisko, że dostrzegła zimny, kliniczny brak empatii w moich oczach. „Starzejesz się, Victorio. W twojej rodzinie występowała zastoinowa niewydolność serca. Brad, masz nadciśnienie i upodobanie do drogiej whisky. Wkrótce będziesz potrzebować lekarza. Będziesz potrzebował rezonansu magnetycznego, specjalisty, a może przeszczepu”.
Rzuciłem teczkę na biurko.
„Zgłosiłem twoje profile ubezpieczeniowe w całej sieci dyrekcji. Od tej chwili każdy lekarz w tym stanie wie, że jestem
Osobiście opiekuję się twoimi aktami. Każda recepta, każda diagnoza, każda wizyta na izbie przyjęć przechodzi przez moje biuro do „kontroli administracyjnej”.
„To nielegalne” – wyjąkał Brad.
„Udowodnij to” – wyszeptałem. „Zanim twoi prawnicy skończą składać wnioski o ujawnienie dowodów, będę miał tyle biurokracji w twoich aktach, że umrzesz z przeziębienia, zanim trafisz do specjalisty. Módl się, żebyś nie zachorował, Brad. Bo jeśli zachorujesz, twoje życie będzie należało do mnie”.
Rozdział 5: Zgnilizna w korzeniach
Leave a Comment