Oddzwoniłam do niego, zatrzymując taksówkę. „Mark? Wszystko w porządku?”
„Gdzie byłeś?” – jego głos trzeszczał z szaloną energią. „Dzwonię od godziny. Wiesz, że nienawidzę poczty głosowej”.
„Byłam… w pracy” – skłamałam. Technicznie rzecz biorąc, to prawda, choć myślał, że „praca” oznacza składanie pism dla średniej wielkości firmy w Georgetown.
„Nieważne” – zbył mnie. „Spotkajmy się w Le Bernadin o 19:00. Punktualnie. I na litość boską, spróbuj choć raz wyglądać drogo. Załóż perły. Mam gościa”.
„Gościa? Mark, jest wtorek. Jestem wyczerpana”.
„To poważna sprawa, Eleno. Większa niż twój mały umysł asystenta prawnego. Po prostu bądź”.
Rozłączył się.
Wpatrywałam się w telefon. Mój „mały umysł asystenta prawnego” właśnie analizował prawo konstytucyjne z przywódcą wolnego świata. Ale dla Marka byłam tylko szumem w tle – wypłatą na pokrycie kredytu hipotecznego, podczas gdy on gonił za transakcjami „venture capital”, które zazwyczaj kończyły się pozwami sądowymi lub milczeniem.
Dotarłam do Le Bernadin o 18:55. Nie miałam na sobie pereł. Miałam na sobie prosty granatowy garnitur, a torba z togą Sądu Najwyższego spoczywała ciężko u moich stóp.
Restauracja była katedrą wykwintnej kuchni – przyciszone głosy, kryształowe kieliszki i zapach oleju truflowego. Mark siedział już przy eleganckim stoliku, popijając martini. Miał na sobie zbyt błyszczący garnitur, za duży zegarek i uśmiech, który nie sięgał jego oczu.
Zmierzył mnie szyderczym spojrzeniem od góry do dołu.
„Wyglądasz jak bibliotekarka, Eleno” – powiedział na powitanie. „Ale chyba to pasuje. Zawsze byłaś… szumem w tle. Przyjechałaś samochodem?”
„Wzięłam taksówkę” – powiedziałam, siadając. „Z kim się spotykamy?”
Mark sprawdził swojego Rolexa, podróbkę, którą przysięgał, że jest prawdziwa. Zignorował moje pytanie, a jego oczy rozbłysły, gdy spojrzał ponad moim ramieniem w stronę wejścia.
„Punkt w punkcie” – mruknął, wygładzając krawat.
Odwróciłam się.
Kobieta szła w kierunku naszego stolika. Była oszałamiająca – wysoka, blondynka, w czerwonej sukience, która kosztowała więcej niż mój samochód. Diamenty błyszczały na jej szyi i nadgarstkach.
Zmrużyłam oczy. Naszyjnik wyglądał znajomo. Podejrzanie przypominał zabytkowy wisiorek, który zostawiła mi babcia – ten, który „zaginął” z mojej szkatułki na biżuterię w zeszłym miesiącu.
Mark wstał. Nie przedstawił jej. Nie podał jej ręki.
Pocałował ją w usta. Tuż przede mną. Długi, namiętny, zaborczy pocałunek.
Restauracja zdawała się przechylać na drugą stronę.
„Elena” – powiedział Mark, siadając z powrotem i gestem wskazując kobiecie krzesło obok niego. „To Jessica. Mamy dla ciebie papierkową robotę”.
Zaparło mi dech w piersiach, gwałtownie wciągając powietrze, które smakowało zdradą. Spojrzałam z Marka na Jessicę, a potem z powrotem na Marka.
„Papierkowa robota?” – zapytałam niebezpiecznie spokojnym głosem.
Mark sięgnął do teczki i przesunął grubą, manilową kopertę po białym obrusie. Przewróciła solniczkę, rozsypując ziarenka niczym biały piasek na pościel.
„Wnoszę pozew o rozwód, Eleno” – powiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji poza zadowoleniem i satysfakcją. Ścisnął dłoń Jessiki, splatając palce z jej palcami. „Biorę dom. Biorę oszczędności. Z Jessicą budujemy imperium, a ty jesteś tylko bezużytecznym balastem”.
Jessica się roześmiała. To był dźwięczny, sztuczny dźwięk, jak tłuczone szkło. Spojrzała na mnie zimnym, oceniającym wzrokiem.
„Nie martw się, kochanie” – wymruczała, pochylając się do przodu, tak że skradzione diamenty odbiły światło. „Jestem pewna, że jest w Queens ładna kawalerka, na którą cię stać za pensję asystentki prawnej. Mark potrzebuje kobiety, która rozumie władzę, a nie kogoś, kto zarabia na życie wypełnianiem dokumentów”.
Spojrzałam na nią. Naprawdę na nią spojrzałam. Widziałem w niej głód
Leave a Comment