Zawibrował mój telefon. To nie była nagrywarka, tylko moja prywatna komórka.
„Eleno” – głos Marka był głośny, bełkotliwy od drogiego wina. W tle słychać było brzęk kieliszków, cichy jazz. „Jestem w apartamencie VIP w Aneksie. Obsługa sprzątająca jest niekompetentna. Rozlałam… coś. Potrzebuję cię tu natychmiast. Przynieś mopa”.
Usiadłam na piętach. „Mark, jest późno. Jestem w motelu. Czy obsługa hotelowa nie może się tym zająć?”
„Nie!” – warknął. „Mam gościa VIP. Bardzo ważnego współpracownika. W pokoju panuje bałagan i nie chcę, żeby hotel to nagrywał. Rób swoje, Eleno, albo nie wracaj do domu”.
Połączenie się urwało.
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze w łazience. Zobaczyłam kobietę w uniformie pokojówki, z włosami skręconymi od wilgoci i zmęczonymi oczami.
Ale pod tym zmęczeniem coś się zmieniało. Strach przed samotnością, strach przed utratą „miłości”, którą myślałam, że znalazłam, wyparował. Na jego miejsce pojawiła się zimna, twarda determinacja.
Test dobiegł końca. Oblał wszystkie pytania.
„Dobrze, Mark” – wyszeptałam do lustra. – „Zrobię swoje”.
Wyszłam do mojego rozklekotanego sedana. Pojechałam do Ritz-Carltona, klejnotu miasta. Znałam kody bezpieczeństwa do bramy serwisowej, bo byłam właścicielką budynku.
Zaparkowałam na parkingu dla personelu. Wzięłam wiadro z mopem i środek czyszczący.
Przeszedłem przez korytarze służbowe, betonowe tunele, które biegły pod luksusowymi wnętrzami niczym żyły. Wjechałem windą służbową na piętro penthouse’u.
Przeszedłem przez pluszowy, wyłożony dywanem korytarz.
Dotarłem do drzwi
Apartament Prezydencki. W środku słyszałem muzykę. Słyszałem śmiech – kobiecy śmiech, wysoki i dźwięczny jak tłuczone szkło.
Położyłem rękę na klamce.
Nie pukałem. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem kartę dostępu – nie tę, którą dał mi Mark, ale tę, którą zachowałem od czasu przejęcia.
Zapaliło się zielone światło.
Pchnąłem drzwi.
Najpierw uderzył mnie zapach – mdła mieszanka olejku truflowego, drogiej wody kolońskiej i ostrego, metalicznego posmaku rozlanego szampana.
Pokój był w ruinie. Wózki obsługi pokoju były przewrócone. Ubrania walały się po podłodze – męski krawat, damska czerwona sukienka.
Pośrodku pokoju, na pluszowym perskim dywanie, klęczał Mark.
Miał na sobie bokserki i rozpiętą koszulę. Trzymał w ręku małe aksamitne pudełko.
Na aksamitnej sofie, otulona hotelowym szlafrokiem, siedziała Tiffany. Była recepcjonistką z motelu, dwudziestodwuletnią dziewczyną, która głośno żuła gumę i patrzyła na Marka jak na Elona Muska.
Mark podniósł wzrok, gdy weszłam. Zamrugał zirytowany, a potem na jego twarzy pojawił się uśmieszek.
„Czas najwyższy” – powiedział.
Nie wstał. Klęczał na jednym kolanie, trzymając pierścionek – diamentowy soliter, który był co najmniej trzy razy większy od żetonu, który mi dał.
„Wytrzyj tam szampana, kochanie” – powiedział, wskazując niejasno na kałużę obok bosych stóp Tiffany. „To przyszła królewska rodzina. Nie może wdepnąć w lepkie wino”.
Tiffany zachichotała, zasłaniając usta. Spojrzała na mnie z politowaniem.
„Och, biedactwo” – zagruchała. „Po prostu rób wokół nas porządek. Mamy chwilę słabości”.
Mark odwrócił się do Tiffany, całkowicie mnie ignorując. Traktował mnie jak mebel. Jak Roombę.
„Kochanie, zapomnij o niej” – powiedział Mark głosem ociekającym arogancją. „Ona jest tylko pomocnicą. Płaci rachunki, a ja negocjuję umowy. Ale kiedy ta fuzja dojdzie do skutku… kiedy zostanę partnerem Vance Group… rzucam ją. Wyjdź za mnie, Tiffany, a będziemy rządzić tym miastem”.
Stałam tam, ściskając trzonek mopa. Moje kostki zbielały.
Leave a Comment