Telefon znów zadzwonił. Zerknąłem na wyświetlacz. Frank Miller.
Dzwonił raz w tygodniu. Zazwyczaj po to, żeby krzyczeć. Czasami, żeby błagać o pożyczkę.
Spojrzałem na ekran. Nie czułem już złości. Nie czułem bólu. Nie czułem… nic. Był tylko cieniem życia, które kiedyś wiodłem.
Pozwoliłem mu zadzwonić.
„Nie odbierzesz?” zapytał Leo.
„Nie” – odpowiedziałem, wsuwając naleśnik na jego talerz. „Śniadanie jest ważniejsze”.
Wytoczyłem się na ganek z kawą. Poranne powietrze było rześkie. Spojrzałem na podjazd.
Powoli podjechał samochód. To nie była taksówka. To nie była rodzina.
To był srebrny sedan. Drzwi się otworzyły i wysiadła kobieta. Chodziła lekko utykając, faworyzując prawą nogę. Miała na sobie prostą kurtkę i dżinsy, ale jej postawa była wojskowa.
Sarah. To była ta sanitariuszka, która założyła mi opaskę uciskową na nogę w piasku. Nie widzieliśmy się od szpitala w Niemczech.
Spojrzała na dom, potem na mnie. Uśmiechnęła się, unosząc butelkę wina.
„Słyszałam, że prowadzisz tu dość ekskluzywny klub” – zażartowała, jej głos był chrapliwy i znajomy. „Słyszałam, że trzeba być bohaterem, żeby przejść przez bramę”.
Uśmiechnęłam się, czując ciepło w piersi, które nie miało nic wspólnego z kawą. Nacisnęłam przycisk automatycznego otwierania drzwi, który zainstalowałam. Drzwi wejściowe otworzyły się szeroko.
„Dla właściwych osób” – powiedziałam, podjeżdżając do niej. „Witaj w domu, Sarah”.
Leave a Comment