Kolacja powitalna odbyła się w L’Océan, flagowej restauracji hotelu. Była to arcydzieło blasku świec i srebrnej obsługi, ale dla mnie była to istna arena subtelnego okrucieństwa.
Rodzina zajęła największy stół na środku sali, miejsce honorowe. Moje krzesło jednak stało na samym końcu, częściowo zasłonięte masywną marmurową kolumną. Z mojego punktu obserwacyjnego widziałam tył głowy ojca i lśniący profil Lucii, ale byłam jak duch na własnej uczcie.
„Stać cię w ogóle na te przystawki, Carmen?” zapytał ojciec, nie odrywając wzroku od karty win. „Ceny poszły w górę, odkąd nowy właściciel przejął firmę. Możemy doliczyć twoją kolację do rachunku, jeśli masz kłopoty”.
„Sałatka jest dobra, dziękuję” odpowiedziałam, zachowując pozę cichej godności.
Rozmowa płynęła wokół mnie jak rzeka, w której nie wolno mi było pływać. Była to litania triumfów Lucii – awans w prywatnym banku, nowa posiadłość jeździecka, którą podziwiała, kręgi towarzyskie, które podbijała.
„Nasza Lucia zawsze znała swoją wartość” – powiedziała Isabel głosem ociekającym dumą. „Nie…
Nie marnowała czasu na „kreatywne zajęcia” jak niektórzy. Rozumiała, że w tej rodzinie budujemy imperia.
Szef kuchni, Antonio, którego osobiście poderwałam z paryskiej restauracji z gwiazdką Michelin trzy miesiące temu, podszedł do stolika. Był to mężczyzna o imponującym poczuciu humoru, ale kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się. Wykonał lekki, elegancki ukłon – taki, jaki zarezerwowany jest tylko dla członków rodziny królewskiej albo osób podpisujących czeki.
„Czy sałatka pani smakowała, panno Carmen?” zapytał głosem ochrypłym od szczerej troski. „Mogę przygotować okonia morskiego specjalnie dla pani, jeśli pani sobie życzy”.
Przy stoliku zapadła cisza.
„Zna pani szefa kuchni?” zapytała Lucia, mrużąc oczy i szturchając swojego homara termidora.
„Nasze drogi się skrzyżowały” – powiedziałam wymijająco. „Branża hotelarska jest mniejsza, niż się wydaje”.
„Antonio, proszę” – warknął Roberto, pstrykając palcami. „Więcej wina do stolika. Tego drogiego.” Nie martw się o dziewczynę; dziś wieczorem jest na diecie pokory”.
Antonio spojrzał na mnie, zaciskając szczęki. Pokręciłam mu głową niemal niezauważalnie. Jeszcze nie.
W miarę upływu nocy wino rozluźniało im języki i ostrzyło noże. Każdy komentarz skierowany w moją stronę był celowym ciosem. Wyśmiewali moje „małe rysunki”, brak „prawdziwego” partnera i mój „upór” w odmowie pracy w podupadającym rodzinnym przedsiębiorstwie tekstylnym.
Miguel dyskretnie podszedł do mojego krzesła. Pochylił się, szepcząc tak, żebym tylko ja mogła go usłyszeć. „Panno Carmen, w prywatnym gabinecie jest pilna sprawa. Coś związanego z dokumentami Mendesa, o które pani prosiła”.
Wstałam, poprawiając sukienkę. „Przepraszam” – powiedziałam do stołu. „Muszę się czymś zająć”.
„Co może być dla pani tak pilne, Carmen?” Roberto parsknął śmiechem, a jego twarz pokryła się rumieńcem od wina. „Czy w hotelu skończyły się kredki? A może spóźniłeś się na zmianę w pralni?”
Leave a Comment