Wsiadłam do civica. Zaczęło się od głośnego szumu.
Wycofałam z podjazdu. Zobaczyłam mamę walącą w okno w salonie, mamrocząc słowa paniki. „Wracaj. Napraw to. Daj nam pieniądze”.
Wrzuciłam bieg.
Pędząc długim podjazdem, zostawiając za sobą porsche „FNDR”, spojrzałam w lusterko wsteczne. Zobaczyłem dym unoszący się z komina – dym z mojego płonącego szalika – unoszący się w czarne nocne niebo. Rozrzedził się i zniknął, rozpływając się w nicość, zupełnie jak przyszłość mojego brata. Włączyłem radio i śpiewałem popową piosenkę, głosem pewnym i mocnym.
Sześć miesięcy
później.
Sala konferencyjna w Tokio skąpana była w słońcu. Z pięćdziesiątego piętra miasto wyglądało jak zestaw zabawek, uporządkowane i czyste.
„Pani Vance?”
Odwróciłam się od okna. Mój asystent, Kenji, trzymał tablet. „Rada jest gotowa. Przejęcie projektu sieci fotowoltaicznej zostało zatwierdzone. Potrzebny jest tylko twój podpis”.
„Dziękuję, Kenji” – powiedziałam. Poprawiłam jedwabny szal – vintage’owy Hermès, który kupiłam w Paryżu. Był piękny, ale nie z wikunii.
Usiadłam na czele stołu. Otworzyłam laptopa.
Miałam zwyczaj sprawdzania poczty elektronicznej raz w miesiącu. To była forma emocjonalnego samookaleczenia, z którą próbowałam się rozprawić, ale dziś sobie na to pozwoliłam.
W folderze, który zatytułowałam „Origin”, był jeden e-mail.
Temat: Mama.
Leave a Comment