Rozdział 2: Monolog koszmarów
Ból, który dopadł mnie dwadzieścia minut później, nie był kopniakiem. To było rozdzierające uczucie, jakby gorący nóż przecinał mi wnętrzności.
Byłam w kuchni, próbując ułożyć przystawki na srebrnym talerzu. Pokój wirował. Ceramiczna podłoga zdawała się przechylać. Upuściłam talerz. Zagrzechotał głośno, krewetki i drogi kawior rozlały się wszędzie.
„Co teraz?” krzyknęła Clara z salonu.
Nie mogłam odpowiedzieć. Zacisnęłam dłoń na granitowym blacie, aż pobielały mi kostki. I wtedy to się stało. Strumień ciepłej cieczy przesiąkł przez moją sukienkę ciążową, szybko rozlewając się na podłogę. To nie była zwykła, przezroczysta ciecz. Była zabarwiona ciężką, ciemnoczerwoną barwą.
„Mamo!” krzyknęłam. To był pierwotny dźwięk, taki, o którym nie wiedziałam, że potrafię go wydać.
Rodzina wpadła do kuchni. Przez chwilę myślałam, że widzę strach w ich oczach. Myliłam się.
„O mój Boże!” krzyknęła mama. Nie patrzyła na mnie. Wskazała na podłogę. „Perski dywan! Płyn spływa na chodnik! Elena, ruszaj się!”
Upadłam w kałużę, łapiąc powietrze. „Pomocy… mi… coś jest nie tak. Jest za wcześnie. Krew…”
Mój ojciec stał w drzwiach, sprawdzając zegarek Rolexa. „Jest 6:45. Rezerwacja jest na 7:00. Jeśli teraz nie wyjdziemy, stracimy stolik w L’Obsidian”.
„Tato, proszę” – błagałam, a łzy spływały mi po twarzy, mieszając się z potem. „Zadzwoń na 911. Chyba… Chyba umieram”.
Victor zrobił krok naprzód, marszcząc nos. „Ona pewnie po prostu dramatyzuje, Robert. Kobiety wyolbrzymiają poród. Poza tym, jeśli wezwiemy tu karetkę, sąsiedzi to zobaczą. To źle świadczy o marce”.
Klara spojrzała na telefon. „Victor ma rację. Nie możemy się spóźnić. W L’Obsidian obowiązują surowe zasady. Właściciel słynie z odwoływania rezerwacji, nawet jeśli spóźnisz się choćby o minutę”.
Moja mama
Przeszła nade mną. Przeszła nad moim drżącym ciałem, żeby wziąć swoją torebkę z blatu.
„Eleno, posłuchaj mnie” – powiedziała chłodno. „Musimy iść. Ta kolacja jest niezbędna dla przyszłości rodziny. Masz telefon. Zadzwoń do Marcusa. Niech sam sobie poradzi z tym bałaganem. Robisz awanturę”.
„Mamo, nie mogę się ruszyć” – wyszeptałam, a mój wzrok się zamglił. „Proszę… nie zostawiaj mnie”.
„Nie bądź samolubna” – warknął mój ojciec. „Zawsze jesteś taka samolubna, Eleno. Chodź, Lindo. Claro, chodźmy”.
Odwróciły się plecami.
„Czekaj!” – krzyknęłam, wyciągając drżącą rękę.
Leave a Comment