„Jeśli będzie siedzieć na tym krześle jak bezpański pies, to nie będę jadła” – oznajmiła Agnes. „To obrzydliwe. Czuję się, jakbym jadła obiad w stołówce.”
„Słyszałaś ją” – warknął Mark, a w jego oczach błysnęła irytacja. „Idź się przebrać. Albo jedz w kuchni. Tylko zniknij z pola widzenia, dopóki nie będziesz wyglądać schludnie.”
Spojrzałam na ucztę. Para unosząca się znad puree ziemniaczanego. Złocista skórka indyka. Spojrzałam na ściany jadalni – ściany, za których odmalowanie zapłaciłam zeszłego lata. Spojrzałam na żyrandol, który wybrałam i zamontowałam.
Traktowali mnie jak bezpańskiego psa, któremu pozwolili spać w kącie, nie zdając sobie sprawy, że to ja płacę za dach nad ich głowami.
Wzięłam głęboki oddech. Powietrze w pokoju było rozrzedzone, duszne.
„Dobra” – wyszeptałam. „Pójdę się przebrać”.
„Szybko” – mruknął Mark, już zajadając się farszem. „Jedzenie stygnie”.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę schodów. Nie biegłam. Szłam ciężkim, zdecydowanym krokiem. Z każdym krokiem coś we mnie twardniało. Smutek, który dręczył mnie latami – poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra, że muszę się bardziej postarać, żeby zdobyć ich miłość – zaczął wyparowywać.
Zastąpiła ją zimna, ostra jasność.
Dotarłam do głównej sypialni i zamknęłam drzwi. Nie rzuciłam się pod prysznic. Podeszłam do lustra i spojrzałam na siebie. Tak, wyglądałam na zmęczoną. Tak, moje włosy były w nieładzie. Ale nie wyglądałam jak służąca. Wyglądałam jak kobieta, która ma dość.
Przebrałam się w elegancką, czystą czarną sukienkę. Zaczesałam włosy do tyłu. Nałożyłam warstwę czerwonej szminki.
Kiedy zeszłam na dół, nie wracałam, żeby błagać o miejsce przy stole. Wracałam, żeby go przewrócić.
Rozdział 2: Krew na parkiecie
Leave a Comment