Jedna z senatorów, kobieta o srebrnych włosach i przenikliwym spojrzeniu, pochyliła się do przodu. Stuknęła długopisem w teczkę.
„Poruczniku Scott” – powiedziała. „Teczka wskazuje, że osoba, której dotyczyło zainteresowanie, była członkiem rodziny. Pani siostrą”.
„Tak, senatorze” – odpowiedziałem.
„Czy to było trudne?” – zapytała. „Dokończyć sprawę, w której chodzi o pani krew? Pozwolić, by system traktował ją jak wroga?”
Spojrzałem na senatora. Pomyślałem o przyjęciu świątecznym. Pomyślałem o „wynikach, które pani widzi”. Pomyślałem o pokoju przesłuchań i o spojrzeniu Sophii, kiedy zdała sobie sprawę, że nie jestem tam po to, by ją ratować, ale by ją ocenić.
„Nie, senatorze” – powiedziałem. Mój głos był spokojny. „To nie było trudne”.
„Dlaczego nie?”
„Ponieważ” – powiedziałem – „praca wywiadowcza polega na widzeniu świata takim, jaki jest, a nie takim, jakim chcielibyśmy, żeby był. Moja siostra wysłała mi paczkę, żeby przypomnieć mi, kim według niej byłem – kimś małym, kimś nic nieznaczącym. Zamiast tego zmusiła się do zobaczenia, kim się stałem”.
Zatrzymałem się, zerkając przez okno, gdzie światło alarmu migało w stałym, precyzyjnym rytmie.
„Lojalność nie polega na więzach krwi, senatorze. Chodzi o wspólny cel. System chroni tych, którzy go szanują. Ona nie. Ja tak”.
Senator powoli skinął głową. „Dziękuję, poruczniku”.
Zebrałem swoje akta. Wyszedłem z sali konferencyjnej na korytarz. Powietrze było chłodne, pachniało ozonem i pastą do podłóg.
Nie sprawdziłem telefonu. Nie zastanawiałem się, co robią w Connecticut.
Szedłem w kierunku Centrum Operacyjnego, z kompasem w kieszeni, igłą skierowaną przed siebie. Byłem Echem 12. I byłem dokładnie tam, gdzie moje miejsce.
Leave a Comment