Dziś wieczorem po prostu na niego patrzyłam. Widziałam krople potu spływające po jego górnej wardze, mimo panującego w pokoju chłodu. Widziałam, jak jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę zegara stojącego na ścianie, odmierzającego czas, który mu pozostał do załamania się świata.
Nie był królem trzymającym dwór. Był osaczonym zwierzęciem, szczerzącym zęby, bo nie miało innej obrony. Nie czułam gniewu. Czułam zimny, kliniczny dystans patologa badającego guz. Po prostu czekałam, żeby się wypowiedzieć.
„Musimy chronić majątek rodziny” – powiedział, a jego głos zniżył się do tonu, który udawał ojcowską troskę. „Rozmawiałem ze specjalistami. Jesteś ewidentnie pod ogromnym stresem, Greino. Ekspansja, uwaga mediów… to wszystko sprawia, że jesteś niestabilna. Niestabilna.”
Sięgnął do kieszeni marynarki i przesunął grubą kopertę po mahoniowym stole. Zatrzymała się kilka centymetrów od mojego talerza.
Otworzyłem teczkę. Dokument na wierzchu to projekt wniosku o ustanowienie kuratora. Pod spodem znajdowały się trzy opinie psychiatryczne, szczegółowo opisujące moje „poważne załamanie nerwowe”, moją „paranoję” i moją „niezdolność do zarządzania skomplikowanymi finansami”.
Wszystkie podpisane, opieczętowane i gotowe do złożenia w sądzie spadkowym, gdy tylko odmówię współpracy.
Zerknąłem na podpis na opinii na wierzchu. Dr Aerys Vance. Mężczyzna, którego nie widziałem, odkąd miałem dwanaście lat.
„Vance to podpisał?” zapytałem, starając się zachować spokojny głos. „Nie leczył mnie od dziesięcioleci. Nawet mnie nie widział. Straciłby licencję lekarską za krzywoprzysięstwo, zanim atrament wysechłby na tej stronie”.
Edward uśmiechnął się. Okrutnie, wąsko rozciągnął usta, ale nie sięgnął oczu.
„Vance nie martwi się o swoją licencję, kochanie. Martwi się o 200 000 dolarów długu hazardowego, które spłaciłam za niego w Atlantic City zeszłej zimy. Pisze dokładnie to, co mu każę”.
Uświadomienie sobie tego uderzyło mnie z siłą kamienia. Nie był zwykłym tyranem. Był marionetkarzem, który zbierał ludzkie grzechy i używał ich jak smyczy. Naprawdę wierzył, że może mnie zamknąć w zakładzie karnym i ukraść mi życie tylko dlatego, że postawił marker na zdegenerowanym hazardziście.
Myślał, że to jego szach-mat.
Pochylił się do przodu, a wokół niego unosił się zapach wina i arogancji. „Podpiszesz dobrowolnie przekazanie mi kontroli, albo dr Vance złoży to rano. Twoje akcje spadną, inwestorzy uciekną, a ja i tak przejmę kontrolę, żeby cię „uratować”. Wybór należy do ciebie”.
Spojrzałam na szarą kopertę, a potem na niego. Wyglądał triumfalnie, jak człowiek, który właśnie zagrał asa. Spodziewał się, że się załamię. Spodziewał się, że stara Greina będzie go błagać, żeby nie psuł jej reputacji.
Ale zostało mi tylko jedno pytanie. Luźna nić, którą musiałam przeciąć, zanim zacisnę pętlę.
„Dlaczego?” zapytałam ledwie słyszalnym szeptem.
Edward uniósł brew. „Dlaczego co?”
„Nie interes. Nie pieniądze. Dlaczego Julian? To genialny architekt. Traktuje mnie jak złoto. Dlaczego nienawidziłaś go na tyle, żeby próbować nas zagłodzić?”
Edward zachichotał, a dźwięk był mokry i nieprzyjemny. Wziął kolejną
Łyk wina, rozluźniony, bo myślał, że wygrał.
„Nienawidzę go? Nie nienawidzę go, Greina. W ogóle o nim nie myślę. Był po prostu nieuniknioną ofiarą”.
Odchylił się do tyłu, rozkładając ręce. „Musiałaś się nauczyć, że nie dasz sobie rady beze mnie. Więc zadzwoniłem do kilku osób. Boston to małe miasto dla ludzi z moimi wpływami. Powiedziałem pięciu największym firmom architektonicznym, że jeśli zatrudnią twojego męża, Ashford Financial wycofa z nich wszystkie nasze kredyty budowlane”.
Uśmiechnął się, wspominając to jak miłe wspomnienie. „Słyszałem, że przez jakiś czas mieszkaliście w piwnicy w Southie. Jedliście ramen. Nosiliście używane płaszcze. Przyznaję, że od czasu do czasu sprawdzałem wasze raporty kredytowe, żeby zobaczyć, jak blisko jesteście załamania”.
Ciało mi zmroziło krew w żyłach. „Sprawdzałaś nasze raporty kredytowe?”
Leave a Comment