Przeszłam obok niego chwiejnym krokiem, osłaniając twarz dłonią, a łzy już zacierały mi wzrok. Bolało mnie ciało. Poranne mdłości nie dawały mi spokoju przez cały dzień, a teraz, w siódmym miesiącu ciąży, plecy miałam jak krucha gałązka.
W kuchni jego matka, pani Higgins, siedziała przy stole niczym otyła królowa na tronie, stukając idealnie wypielęgnowanym paznokciem o kieliszek do wina.
„Wreszcie” – zadrwiła, nie patrząc na mnie. „Byłam bliska śmierci głodowej. Rostbef, średnio wysmażony. I krem z grzybów od podstaw. Nie używaj tego badziewia z puszki”.
Skinęłam głową, zawiązując fartuch na spuchniętym brzuchu. Przez następną godzinę byłam duchem we własnej kuchni, moje ruchy to szaleńczy taniec siekania, mieszania i przypiekania. Świat na przemian wchodził i wychodził mi z ostrości. Miałam zawroty głowy, metaliczny posmak krwi na języku po ugryzieniu w policzek. Myślałam tylko o maleńkim życiu we mnie, o tych trzepoczących kopniakach, które bardziej przypominały rozpaczliwe prośby.
W końcu posiłek był gotowy. Drżącymi rękami podałam pieczeń wołową Dave’owi i pani Higgins. Na końcu przyniosłam zupę, stawiając miskę przed jego matką.
Ujęła łyżkę, wzięła delikatny łyk, a potem jej twarz wykrzywiła się z obrzydzenia.
„Za słone! Próbujesz mnie otruć?” wrzasnęła, wypluwając kęs gorącej zupy na nieskazitelnie białą podłogę. „Bezużyteczne śmieci, zupełnie jak twój ojciec rolnik”.
Obrażanie mojego taty, człowieka, który zawsze okazywał im tylko dobroć, było jedyną rzeczą, która wciąż potrafiła mnie zmusić do walki. „Nie mów o moim ojcu” – wyszeptałam, a mój głos drżał z wściekłości, na którą rzadko pozwalałam sobie wpadać.
Oczy pani Higgins rozszerzyły się w udawanym zaskoczeniu. Wstała, a jej krzesło głośno zaskrzypiało o płytki. „Czy ty mi pyskujecie, ty żałosna krowo?”
Szturchnęła mnie mocno w ramię.
Byłam wytrącona z równowagi, wyczerpana, a nogi splątały się pode mną. Upadłam na bok, a mój ciążowy brzuch uderzył o ostrą, nieustępliwą krawędź granitowego blatu.
Ból, jakiego nigdy nie znałam – paląca, rozdzierająca agonia – rozdarł moje wnętrze. Zabrał mi oddech, wzrok, zdrowie psychiczne. Upadłam na podłogę, zdławiony krzyk uwiązł mi w gardle.
Wtedy to poczułam. Ciepłą, przerażającą ciecz spływającą po wewnętrznej stronie mojej nogi. Czerwień. Tyle czerwieni.
„Dave!” krzyknęłam, a mój głos był strzępkiem. „Pomocy! Nasze dziecko… proszę, dziecko!”
Stał tam, kawałek pieczeni wołowej był w połowie drogi do ust, powoli żując. Spojrzał na mnie, zwiniętego na podłodze w rosnącej kałuży mojej krwi, a jego wyraz twarzy wyrażał czyste, niczym niesfałszowane obrzydzenie.
„Przestań tak dramatyzować” – powiedział, odkładając widelec. „Robisz bałagan. Wstań i posprzątaj podłogę”.
Jego matka zaśmiała się, wydając dźwięk przypominający tłuczone szkło.
Desperacja dodała mi sił. Zaczęłam czołgać się, cal po calu, w stronę mojego telefonu, leżącego na kuchennym stole. Potrzebowałam karetki. Potrzebowałam pomocy. Moje palce były zaledwie kilka centymetrów od mnie, gdy spadł lśniący, czarny, skórzany but, wgniatając moją dłoń w zimne płytki.
Dave spojrzał na mnie z góry, z twarzą wykrzywioną w okrutną obojętność. Pochylił się, podniósł mój telefon i niedbałym ruchem nadgarstka rzucił go o przeciwległą ścianę.
Uderzył z mdłym chrupnięciem, a ekran eksplodował czarną pajęczyną, po czym zgasł. Moja ostatnia deska ratunku odeszła.
Rozdział 2: Ostatnie wezwanie
Świat był tunelem bólu. Jedynym, na czym się skupiałem, była twarz Dave’a, szyderczo na mnie patrząca.
„Nikt cię nie uratuje” – powiedział.
Spojrzałam w jego oczy, oczy mężczyzny, którego kiedyś kochałam, i nie zobaczyłam niczego. Pustki.
Leave a Comment