W środku: pół dzbanka wody. Pudełko sody oczyszczonej. Zszyta torebka z apteki.
To wszystko.
Nie zamówiła pizzy z wygody.
Zamówiła ją, bo to był najtańszy ciepły posiłek, jaki kiedykolwiek dowieźli.
Na kominku stały pożółkłe zdjęcia – ona w fartuchu pielęgniarskim z lat 70., wyprostowana i dumna.
Od dziesięcioleci opiekowała się obcymi.
Teraz musiała wybierać między ogrzewaniem, lekarstwami i jedzeniem.
Przełknąłem ślinę.
„Właściwie” – powiedziałem z wymuszonym uśmiechem – „system się pomylił. Jesteś naszym setnym klientem dzisiaj. Za darmo”.
Zawahała się. „Nie będziesz miał przez to kłopotów?”
„Jestem kierownikiem” – skłamałem. „Zatrzymaj resztę”.
Położyłem jej pizzę na kolanach.
Para unosiła się, ogrzewając jej twarz. Zamknęła oczy i wciągnęła powietrze, jakby to był czysty tlen.
Łza spłynęła jej po policzku.
Wróciłem do samochodu.
Usiadłem.
Nie uruchomiłem silnika.
Minutę później wysłałem SMS-a do dyspozytora: Przebita opona. Potrzebuję 45 minut.
Potem pojechałem do najbliższego supermarketu.
Nie kupiłem śmieciowego jedzenia.
Mleko. Jajka. Chleb. Zupa w puszce. Owsianka. Banany. Jeszcze ciepły grillowany kurczak w folii.
Kiedy wróciłem, jadła drugą kromkę, jakby bała się, że zniknie.
Zacząłem kłaść zakupy na jej stole.
Leave a Comment