Wróciłem do domu z misji w Delcie i zastałem żonę na oddziale intensywnej terapii. Jej twarz… Nie mogłem jej rozpoznać. Lekarz wyszeptał: „Trzydzieści jeden złamań. Urazy tępe. Wielokrotne uderzenia”. Potem zobaczyłem ich przed jej pokojem – jej ojca i jego siedmiu synów – uśmiechających się, jakby właśnie coś wygrali. Detektyw powiedział: „To sprawa rodzinna. Policja nie może ich tknąć”. Spojrzałem na odcisk młotka na jej czaszce i odpowiedziałem: „Dobrze. Bo nie jestem policjantem”. „Co się z nimi stało… żaden sąd nie będzie w stanie osądzić”.

Wróciłem do domu z misji w Delcie i zastałem żonę na oddziale intensywnej terapii. Jej twarz… Nie mogłem jej rozpoznać. Lekarz wyszeptał: „Trzydzieści jeden złamań. Urazy tępe. Wielokrotne uderzenia”. Potem zobaczyłem ich przed jej pokojem – jej ojca i jego siedmiu synów – uśmiechających się, jakby właśnie coś wygrali. Detektyw powiedział: „To sprawa rodzinna. Policja nie może ich tknąć”. Spojrzałem na odcisk młotka na jej czaszce i odpowiedziałem: „Dobrze. Bo nie jestem policjantem”. „Co się z nimi stało… żaden sąd nie będzie w stanie osądzić”.

Słońce krwawiło w niebo – niczym siny, purpurowy świt – kiedy dotarłem do posiadłości Victora. „Fortecy”, jak ją nazywał. Dwunastometrowe mury, drut pod napięciem, kamery.

Zaparkowałem w lesie i ruszyłem pieszo, wspinając się na potężny dąb, który zwisał nad murem. Zeskoczyłem na zadbany trawnik, poruszając się niczym duch z cienia w cień, aż dotarłem do głównego domu.

Wyjrzałem przez okno w salonie. Byli tam – reszta Wilczej Watahy. Victor, Dominic, Evan, Felix, Grant, Ian, Kyle. Wyglądali na wyczerpanych, kłócili się.

Wtedy do pokoju wszedł mężczyzna w białym fartuchu. Dr Sterling. Szef chirurgii w szpitalu St. Jude’s. Co on tu robił?

Przycisnąłem ucho do szyby.

„Powikłania?” – pytał Sterling. „Ale na razie jest stabilna”.

„A ekstrakcja?” Zapytał Victor. „Pomyślnie?”

Sterling skinął głową. „Cesarskie cięcie wykonano natychmiast po przybyciu. Uraz wywołał poród, ale płód był żywy. Trzydziesty drugi tydzień, nie ósmy. Raport, który widziała Eleanor, był stary. Była w znacznie bardziej zaawansowanej ciąży, niż komukolwiek powiedziała”.

Moje kolana uderzyły w trawę. Trzydziesty drugi tydzień. Osiem miesięcy. Ukrywała to, nosząc luźne ubrania, chroniąc go.

„A dziecko?” zapytał Victor.

„Jest w inkubatorze noworodkowym w piwnicy” – powiedział Sterling. „Zdrowy. Z silnymi płucami”.

„Dobrze” – powiedział Victor. „Mój nabywca przyjedzie jutro. Zdrowy męski potomek z czystą genetyką osiąga wysoką cenę”.

Świat ucichł. Nie zabili mojego syna. Oni go ukradli. Pobili mojego

Wprowadził żonę w śpiączkę, żeby wywołać poród i sprzedać nasze dziecko.

Parametry misji zmieniły się natychmiast.
Priorytet pierwszy: Zabezpieczyć aktyw (mojego syna).
Priorytet drugi: Wyeliminować wrogów.

Podszedłem do drzwi prowadzących do piwnicy. Podważyłem zamek i wślizgnąłem się do środka. Piwnica była w pełni wyposażoną prywatną kliniką medyczną. A tam, na środku, stał inkubator.

W środku leżał malutki, wiercący się chłopiec. Miał ciemne włosy. Moje włosy.

„Jestem tutaj, kolego” – wyszeptałem, kładąc dłoń w rękawiczce na szybie. „Tata jest tutaj”.

Usłyszałem kroki na schodach.

„Sprawdź poziomy” – dobiegł głos Victora. „Dominic, sprawdź generator”.

Schowałem się za stosem butli z tlenem. Dominic wpadł do pokoju, oświetlając latarką. Podszedł do inkubatora i mocno postukał w szybę.

„Mały drań” – zadrwił.

To było to. Wyszedłem. „Nie dotykaj go”.

Dominic obrócił się, sięgając po pistolet. Był za wolny. Złapałem go za gardło i rzuciłem nim o ścianę.

back to top