„Płakała chwilę, bo się bała, a potem się uspokoiła” – powiedział Travis tonem ociekającym protekcjonalną wyższością. Sięgnął po pilota do telewizora, przygotowując się do włączenia wieczornych wiadomości. „Zawsze tak robisz, Sarah. Zawsze przesadzasz z każdym uderzeniem i zadrapaniem. Ona po prostu wstrzymuje oddech, bo wpada w furię. Przestań dramatyzować i ją połóż. Pogarszasz tylko sytuację”.
Kiedy mówił, Lucy wydała z siebie okropny, duszący, wilgotny jęk, wbijając się w moje ramię. Jej maleńkie paluszki boleśnie wbijały się w mój obojczyk.
Nie sprzeciwiałam się. Nie krzyczałam na niego za jego socjopatyczną apatię. Instynkt macierzyński, który zdominował mój umysł, rozpoznał z absolutną, przerażającą jasnością, że mężczyzna siedzący w fotelu nie był sprzymierzeńcem. Był przeszkodą.
Wzięłam Lucy w ramiona, ignorując palący ból mięśni. Złapałam kluczyki do samochodu z miski, kopnęłam torby z pracą i pobiegłam do drzwi wejściowych.
„Sarah, dokąd idziesz?!” Travis krzyknął, a w jego głosie nagle pojawiła się ostra nuta gniewu, gdy gwałtownie otworzyłam drzwi. „Mówiłam, że nic jej nie jest! Puść ją!”
Nie odpowiedziałam. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, zostawiając męża siedzącego w dusznej, śmiertelnej ciszy, którą tak starannie wykreował.
Zbiegłam sprintem po trzech piętrach schodów, a odgłos urywanego, świszczącego oddechu Lucy zagłuszał wszystko inne na świecie. Wrzuciłam ją do fotelika samochodowego, ręce trzęsły mi się tak mocno, że ledwo mogłam zapiąć pasy, i zatrzasnęłam drzwi.
Pojechałam na ostry dyżur jak opętana przez demona. Przejechałam na trzech czerwonych światłach, trąbiąc, a opony piszczały na zakrętach. Jedną ręką ściskałam kierownicę tak mocno, że bolały mnie kostki; drugą ręką nieustannie, rozpaczliwie sięgałam do tyłu, czując delikatne, przerażająco płytkie unoszenie się i opadanie małej piersi Lucy.
„Trzymaj się, kochanie” – szlochałam, a łzy napływały mi do oczu.
Przemknął mi przed oczami neonowy czerwony znak szpitala „EMERGENCY”. „Mamusia cię opiekuje. Tylko oddychaj. Proszę, Boże, tylko oddychaj”.
Zaparkowałam samochód w pobliżu stanowiska karetki, rozpięłam pasy w panice i wybiegłam przez przesuwane szklane drzwi, krzycząc o pomoc.
Pielęgniarki z triażu spojrzały na pokrytą plamami twarz Lucy i poważne naciągnięcia mięśni klatki piersiowej. Nie poprosiły o ubezpieczenie. Nie poprosiły mnie o zajęcie miejsca. Poruszały się z przerażającą, skoordynowaną prędkością, wyrywając ją z moich ramion i pospiesznie przeprowadzając przez ciężkie, podwójne drzwi.
Słyszałam, jak wykrzykują określenia, które sprawiły, że krew zamarzła mi w żyłach: „Poważna niewydolność oddechowa”, „Przygotować się do intubacji”, „Możliwy uraz dróg oddechowych”.
Opadłam na plastikowe krzesło w poczekalni, chowając twarz w drżących dłoniach. Myślałam, że koszmar się kończy. Najgorsza była jazda samochodem, ta bolesna niepewność, czy moja córka weźmie kolejny oddech.
Nie wiedziałam, że prawdziwy horror jeszcze nie dotarł do szpitala.
2. Duch na ostrym dyżurze
Leave a Comment