Arogancja rodziny Bennettów była ich największą słabością. Wierzyli, że ich bogactwo czyni ich niewidzialnymi, odpornymi na konsekwencje rządzące zwykłym życiem. Nie zdawali sobie sprawy, że kobieta, która nie ma nic do stracenia, jest najniebezpieczniejszym stworzeniem na ziemi.
Moje pierwsze spotkanie odbyło się w Trattorii Rossi, słabo oświetlonej włoskiej restauracji na skraju dzielnicy finansowej. W powietrzu unosił się intensywny zapach czosnku i gotującej się familii. Naprzeciwko mnie siedział James Morrison, człowiek, którego reputację w świecie prawniczym szeptano z mieszaniną szacunku i przerażenia. Nie tylko wygrywał sprawy rodzinne, ale i rozprawiał się z adwokatami przeciwnika z bezwzględną skutecznością ataku drona.
„Szybko działają, pani Bennett” – mruknął James, przesuwając teczkę po kraciastym obrusie. „Wyczerpywanie się aktywów przyspiesza. Jeśli wkrótce tego nie załatwimy, będziecie się kłócić o resztki ze stołu”.
„Niech się tym zajmą” – odpowiedziałam, powoli pociągając łyk mojego Barolo. „Chcę, żeby czuli się bezpiecznie. Chcę, żeby przelali tak dużo kapitału, że oszustwo stanie się niepodważalne dla władz federalnych”.
W ciągu następnych kilku tygodni zbudowałem zupełnie nowe grono znajomych. Piłem kawę z Michaelem Turnerem w tętniącej życiem kawiarni na chodniku w dzielnicy artystycznej. Jego firma słynęła z ścigania niewierności osób zamożnych, przekształcając ciche…
kreacje w finansowo rujnujące publiczne widowiska. Tydzień później jadłam obiad z Williamem Parkerem, księgowym śledczym podszywającym się pod prawnika, którego specjalnością było przedzieranie się przez korporacyjne zasłony służące do ukrywania majątku małżeńskiego.
Leave a Comment