W chwili, gdy ciężkie drzwi wejściowe domu moich rodziców zamknęły się za nami z trzaskiem, iluzja mojej uległości zniknęła.
Ethan chwycił mnie za ramiona i odwrócił się.
Każąc mi spojrzeć mu w oczy w bursztynowym blasku lampy na ganku. Kiedy zobaczył gniewną, uniesioną pręgę w kształcie dłoni, szybko formującą się na moim policzku, jego zazwyczaj ciepłe, łagodne oczy pociemniały, zamieniając się w kałuże absolutnej, przerażającej furii. Zacisnął szczękę tak mocno, że myślałem, że zęby mu popękają.
Cofnął się o krok w stronę drzwi, znów zaciskając dłonie w pięści. „Zabiję go. Rozwalę ten dom na kawałki”.
Szybko wyciągnęłam rękę, chwytając go za ramię obiema rękami, wspierając go całym ciężarem ciała.
„Nie, Ethan. Przestań” – błagałam, głosem naglącym, ale niesamowicie spokojnym. „Uderzenie go niczego nie rozwiąże. Da im tylko pretekst do odgrywania ofiary. Zadzwonią na policję. Zniszczą cię”.
Ethan ciężko oddychał, jego klatka piersiowa unosiła się, a on wpatrywał się w drzwi z morderczym zamiarem. „Maya, on cię uderzył. Przez tę cholerną sukienkę”.
„Wiem” – powiedziałam cicho, dotykając jego twarzy. „Ale posłuchaj mnie. Myślą, że mają absolutną kontrolę nad całym moim życiem, bo zapłacili pięć tysięcy dolarów kaucji za salę balową w hotelu. Myślą, że kupili moją godność. Chcę im to prawo odebrać. Chcę im wszystko odebrać, na zawsze”.
Ethan spojrzał na mnie z góry, a jego fizyczny gniew powoli ustępował, zastąpiony zimnym, ostrym i wysoce wyrachowanym skupieniem. Powoli skinął głową, przyciągając mnie do mocnego, opiekuńczego uścisku i całując mnie we włosy.
Leave a Comment