Nie wsiadłem do samochodu. Zamiast tego podszedłem do bocznej części lokalu, stanąłem w cieniu przy rampie załadunkowej i wyjąłem krótkofalówkę z głębi mojej przepastnej torebki.
„Marcus” – powiedziałem do radia głosem jak lód. „Wykonaj protokół Omega. Wyciągnij wszystko”.
Na ułamek sekundy rozległ się szum. „Wszystko, szefie?” – zatrzeszczał głęboki głos Marcusa. „Za czterdzieści minut do serwisu”.
„Wszystko” – powtórzyłem. „Zapakuj, załaduj i zostaw tylko obrusy”.
„Zapamiętaj. Ruszamy”.
Z cienia drogi serwisowej ryknęły silniki trzech potężnych chłodni.
Dwudziestu pięciu mężczyzn i kobiet ubranych w nieskazitelne, szyte na miarę czarne fartuchy kucharskie i uniformy cateringowe przemaszerowało przez bramy serwisowe niczym skoordynowana wojskowa grupa uderzeniowa. Poruszali się z przerażającą, zsynchronizowaną sprawnością. Nie skierowali się do kuchni, żeby zacząć nakładać sałatki na talerze; skierowali się prosto do wielkiej jadalni, omijając zdezorientowaną ochronę lokalu.
Cichym krokiem wróciłem do masywnych drzwi stodoły i uchyliłem je na cal, obserwując perfekcyjną pracę mojego zespołu.
Marcus, mój szef kuchni – człowiek olbrzym, który kiedyś był linebackerem, zanim odnalazł swoje powołanie w kuchni francuskiej – kopniakiem otworzył wahadłowe drzwi kuchni. W jednej ręce trzymał stalową podkładkę do pisania.
„No to do roboty, ludzie! Ruszajmy się!” – warknął Marcus, klaszcząc w dłonie.
Leave a Comment