Duży, kryształowy puchar debaty leżał roztrzaskany na perskim dywanie. Na środku pokoju dr Alistair Sterling całkowicie stracił swój starannie dobrany wygląd. Jego twarz była cętkowana, wściekle fioletowa. Chwytał Leo za tył mundurowej koszulki polo, podciągając małego, przerażonego chłopca do góry i popychając go brutalnie na krawędź masywnego mahoniowego biurka.
„Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię!” – ryknął Sterling, ślina leciała mu z ust.
Leo był w stanie całkowitego zaniku zmysłów. Jego dłonie zaciskały się rozpaczliwie na uszach, oczy miał mocno zaciśnięte, kołysał się na piętach, nucąc cichą, szaloną, powtarzalną melodię – jedyny mechanizm obronny przed światem, który nagle stał się przytłaczająco brutalny.
Ogarnęła mnie zimna, przerażająca jasność. Wyluzowany wujek zniknął, zastąpiony instynktem człowieka, który spędził dwudziestkę, zmagając się z wrogimi przejęciami korporacyjnymi i gorszymi sytuacjami.
„Zabieraj od niego ręce” – powiedziałem. Mój głos nie był krzykiem. To był niski, niebezpieczny szum, który wibrował w cichej przestrzeni między krzykami Sterlinga.
Sterling obrócił się, jego klatka piersiowa unosiła się wysoko, a w oczach czaił się dziki, nieokiełznany autorytet.
y. Nie puścił koszuli Leo.
„Ty” – warknął Sterling, szyderczo patrząc na moją wyblakłą kurtkę. „Masz szczęście, że nie wezwałem policji. Twój siostrzeniec to kompletny wariat. Zniszczył trofeum, które było dla niego spuścizną. Jest plamą na nieskazitelnej reputacji tej akademii”.
Wszedłem powoli i rozważnie do pokoju.
Leave a Comment