Mężczyzna nie zadawał pytań.
Nie przedstawił się.
Po prostu spojrzał na Collinsa przez chwilę, po czym wszedł do środka.
Bez zaproszenia.
Bez pozwolenia.
Atmosfera w domu zmieniła się w chwili, gdy przekroczył próg.
Amara zmarszczyła brwi. Jej wyraz twarzy natychmiast stwardniał.
„Kim pan jest?”
Jej głos był ostry, niemal władczy, ale mężczyzna na nią nie spojrzał.
Jego wzrok powędrował po pokoju – stary drewniany stół, garnek zupy, z którego wciąż unosiła się lekka para, krzywe krzesło, poplamione ściany.
Potem jego wzrok zatrzymał się na Mamie Zoli.
Ta chwila się przeciągnęła.
Jedna sekunda.
Dwie.
Trzy.
Nikt się nie odezwał.
Nikt nie odważył się oddychać zbyt głośno.
Wtedy mężczyzna zrobił krok naprzód.
Powoli.
Spokojnie.
Bez pośpiechu.
Kiedy stanął przed Mamą Zolą, lekko skłonił głowę.
Nie z uprzejmości.
Z szacunku.
„Szukaliśmy cię od dawna”.
Leave a Comment