„Jestem” – powiedziałam, patrząc mu w oczy bez mrugnięcia okiem.
Uścisk jego dłoni był szorstki, krótki i całkowicie pozbawiony ciepła. Czysta kalkulacja masy i intencji. „Frank Harper”.
„Zaszczyt”.
Margaret, matka Daniela, pojawiła się za nim niczym delikatny powiew wiatru. Była drobna, a jej oczy emanowały głęboką, wyczerpaną cierpliwością kobiety, która przez pół wieku oswajała huragan. „Witaj, Elaine. Proszę, wejdź”.
Wnętrze pachniało pieczonym drobiem, drożdżami i cytrynowym przyrzeczeniem. Korytarz przypominał muzeum historii wojennej. Sepiowe fotografie błotnistych plutonów, witraże
z odznakami bojowymi i nieskazitelnie złożoną flagą w szklanej oprawie.
Frank zauważył, że mój wzrok zatrzymał się na czarno-białym zdjęciu jego młodszej, szczuplejszej wersji, opartej o bunkier z worków z piaskiem.
„Khe Sanh” – powiedział cicho, dudniącym głosem.
„Brutalny teatr. Dziękuję za pójście tą drogą”.
Wydał z siebie niezobowiązujące mruknięcie, które przełożyło się na ostrożną aprobatę.
Przy stole w jadalni Frank zajął miejsce na głowie. Usiadłem obok Daniela, którego noga praktycznie wibrowała pod mahoniowym stołem. Frank ominął pogawędkę, natychmiast rozpoczynając przesłuchania, aby ustalić swoją dominację w swojej dziedzinie.
„Danny wspominał, że zarządzasz systemami logistycznymi po stronie cywilnej”.
„Tak, organizuję koordynację i architekturę systemów”.
Frank żuł kawałek kurczaka, mrużąc oczy. „Kluczowa machina. Amatorzy dyskutują o taktyce, Elaine. Profesjonaliści studiują logistykę”.
„Doktryna, która pozostaje niepokonana” – odparłem płynnie.
Uśmiechnął się, a jego wyraz zadowolenia był ledwie słyszalny. Posiłek przebiegał pozornie dobrze. Margaret zapytała o moje wychowanie w Ohio; zbyłem ją czarującymi anegdotami o zimach na Środkowym Zachodzie.
Ale Frank, niczym ćma do płomienia, nie mógł się powstrzymać, by nie skierować rozmowy z powrotem do swojego sanktuarium.
„Więc” – zaczął, opierając przedramiona na stole. – „Spędzasz czas na bazach podczas napływu wojsk?”
„Nadmiernie”.
Leave a Comment