Uśmiechnęłam się, odwracając się, by spojrzeć na swoje odbicie w wysokim lustrze, opartym o ceglaną ścianę. Nie miałam na sobie diamentów. Nie byłam odziana w markową zbroję. Miałam na sobie własny talent, otulona prostym, idealnie skrojonym wełnianym trenczem.
„Kiedyś myślałam, że potrzebuję jego aprobaty, a przynajmniej aprobaty jego świata, żeby być kimś” – zamyśliłam się, wodząc wzrokiem po klapie płaszcza. „Teraz zdaję sobie sprawę, że Julian był tylko irytującym tłem mojego prawdziwego życia”.
Silas odstawił kawę. Podszedł do mnie od tyłu, objął mnie w talii, a brodę oparł na moim ramieniu, gdy oboje patrzyliśmy w lustro.
„Świat teraz zna twoje imię, Claro. „Stare duchy odeszły” – mruknął Silas, a jego głos dudnił mi w plecach. Spojrzał mi w oczy w odbiciu, a w jego ciemnych tęczówkach tańczyła iskra niebezpiecznej ambicji. „Więc… co chcesz zrobić z kolejnymi dziesięcioma milionami?”
Rozdział 6: Ostateczna oferta
Dokładnie rok po nocy, która wszystko zmieniła, Charytatywna Gala Starlight odbyła się ponownie w tej samej sali balowej na Manhattanie.
Przestrzeń była identyczna – żyrandole, marmurowe schody, strzeliste kompozycje kwiatowe. Ale atmosfera zmieniła się nieodwracalnie. Kiedy weszliśmy z Silasem, nie było słychać żadnych cichych szeptów osądu. Cisza, która zapadła w sali, zrodziła się z czystego, nieskażonego zachwytu.
Miałam na sobie suknię z czystego, granatowego jedwabiu. Otulała mnie niczym płynne niebo. Nie było żadnych logotypów. Nie było żadnych błyszczących klejnotów, które mogłyby odciągać wzrok. To było po prostu perfekcyjne, niezaprzeczalne rzemiosło.
Gdy szliśmy w kierunku środka sali, mój wzrok dostrzegł błysk ruchu w pobliżu drzwi dla służby. Mężczyzna w sztywnym, niedopasowanym białym uniformie z trudem utrzymywał w pionie ciężką srebrną tacę obładowaną kieliszkami do szampana. Miał zgarbione ramiona, a na twarzy przedwcześnie pojawiły się zmarszczki wyczerpania.
To było Julian.
Leave a Comment