To była lalka. Ale nie była nowa.
To była plastikowa lalka, która wyglądała, jakby została brutalnie wydobyta z błotnistego śmietnika. Jej syntetyczne blond włosy były pocięte w postrzępione, nierówne kolce. Jej plastikowa twarz była pomazana ciemnoniebieskim tuszem, przypominającym prymitywne tatuaże na twarzy.
Ale najbardziej przerażającym szczegółem było jej lewe ramię. Ramię było całkowicie brakujące, odłamane w stawie barkowym, pozostawiając poszarpaną, pustą dziurę w plastikowym tułowiu.
Lily mrugnęła. Trzymała w małych rączkach zepsutą, brudną zabawkę. Promienny, pełen nadziei uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na jej twarzy, zamarł, a potem powoli zbladł.
„Cholera jasna” – zadrwił Tyler z sofy, pociągając długi łyk bourbona. Nawet nie próbował ukryć rozbawienia. Spojrzał na zepsutą zabawkę, a potem spojrzał prosto na mnie. „To naprawdę odpowiedni prezent. Zabawki biednych dzieci dla biedniejszej części rodziny. Praktyczne. Uczą je doceniać to, co dostają”.
Mama zachichotała cicho, melodyjnie, popijając mimozę. Nie skarciła go. Pochyliła się nad okrucieństwem.
„Och, Tyler, bądź grzeczny” – powiedziała mama głosem ociekającym jadowitym sarkazmem. „Ale naprawdę, Eleno, nie możesz oczekiwać, że kupimy jej nowiutką lalkę American Girl, skoro zaraz ją zniszczy. To odziedziczona rzecz z śmietnika. Na to zasługują dzieci, które nie są wystarczająco dobre, by doceniać dobre rzeczy”.
Leave a Comment