Przez chwilę myślałem, że żartuje, albo że zostawiła włączone radio. Ale Megan spanikowała. Naprawdę spanikowała. Usłyszałem kroki, potem ciszę, a potem jej ciężki oddech do telefonu.
Jechałem z powrotem szybciej, niż powinienem, w myślach analizując wszelkie możliwe wyjaśnienia. Włamanie. Dziki lokator. Ktoś ranny. Kiedy wjechałem na podjazd, Megan stała na trawniku, blada jak papier, ściskając klucze w jednej ręce i telefon w drugiej. Wskazała na dom, ale nie chciała wejść.
Weszłem do środka i nasłuchiwałem.
Na początku nic.
Potem to usłyszałem.
Cichy, przerywany dźwięk z góry. To nie był telewizor. Ani rury. Ktoś płakał.
Spojrzałem w górę, na wąskie drzwi na strych w suficie korytarza. Wtedy zauważyłem zwisającą z nich kłódkę.
I wtedy krew zaczęła się we mnie gotować.
Część 2: Przez trzy sekundy stałem jak sparaliżowany pod klapą na strych, wpatrując się w kłódkę, jakby była czymś żywym. Byłem w tym domu dziesiątki razy. Pomagałem Ethanowi się wprowadzić. Przenosiłem meble z każdego pokoju, naprawiłem cieknący kran w łazience na piętrze, a nawet załatałem fragment płyty gipsowo-kartonowej w pokoju gościnnym. Ale ani razu nie widziałem zamka w drzwiach na strych.
„Zadzwoń pod 911” – powiedziałem Megan, nie odrywając wzroku.
Już wybierała numer.
Wciągnąłem kuchenne krzesło na korytarz, wspiąłem się na nie i poczułem metal w dłoniach. Zamek był ciężki, nowszy niż sama klapa. Ktoś zamontował go celowo. Nie po to, żeby trzymać z daleka szopy. Nie po to, żeby zabezpieczyć pudełka z ozdobami świątecznymi. Po to, żeby zatrzymać kogoś w środku.
Wtedy płacz ucichł.
W domu zapadła straszna cisza.
Zastukałem w klapę. „Kto tam na górze? Tu Richard Bennett. Słyszysz mnie?”
Na początku nie było odpowiedzi. Potem, tak słabo, że prawie jej nie usłyszałem, usłyszałem kobiecy głos.
„Proszę” – wyszeptała. „Proszę, nie wychodź”.
Cała moja dusza zamarła.
Próbowałem wyważyć zamek śrubokrętem z kuchennej szuflady na śmieci, ale ani drgnął. Megan wróciła już do środka i powiedziała, że policja już jedzie. Wciąż krzyczałem przez właz, mówiąc osobie nade mną, że pomoc nadchodzi, żeby mówiła dalej. Brzmiała słabo, zdezorientowana. Powiedziała, że ma na imię Kayla. Zapytała, jaki jest dzień.
Pamiętam, jak mocno ściskałem to krzesło, aż zbielały mi kostki.
Kiedy przyjechali funkcjonariusze, wyłamali zamek w niecałą minutę. Jeden z funkcjonariuszy wszedł pierwszy. Potem odwrócił się i zawołał karetkę.
Wszedłem tuż za nim, wbrew rozkazom. Chciałbym móc powiedzieć, że byłem przygotowany, ale żaden porządny człowiek nie byłby przygotowany na to, co zobaczyłem.
Strych został opróżniony, z wyjątkiem poplamionego materaca, składanego krzesła, małej plastikowej chłodziarki i wiadra w kącie. Lampa stała na podłodze obok przedłużacza. Jedyne okno zostało zamalowane od wewnątrz. Na tym materacu zwinięta była młoda kobieta, która wyglądała, jakby od kilku dni nie widziała światła słonecznego. A może nawet dłużej. Miała posiniaczone nadgarstki. Twarz miała zapadniętą. Włosy splątane. Wzdrygała się, gdy ktoś poruszał się zbyt szybko.
Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata.
Leave a Comment