Teraz wiesz lepiej.
W pewną niedzielę, miesiące po tym, jak burza ucichła w historii, przesłuchaniach, filmach dokumentalnych i szeptanych przestrogach na przyjęciach koktajlowych, Sebastian zabiera cię na rodzinny cmentarz. Grób Eleny znajduje się pod bukiem, prosty i elegancki, pomnik zaprojektowany przez ludzi, którzy zakładają, że kamień może zastąpić żałobę.
Klękasz i kładziesz tam białe róże.
Przez chwilę stoicie w milczeniu.
Potem pytasz: „Myślisz, że by tego wszystkiego nienawidziła?”
„Wszystkiego czego?”
„Wywiadów. Procesów sądowych. Fundacji. Publicznego bałaganu”.
Sebastian patrzy na nagrobek i uśmiecha się smutno. „Nienawidziłaby tych tog i medialnego szumu. Zaakceptowałaby ten chaos”.
Śmiejesz się, zanim zdążysz się powstrzymać.
To staje się w końcu jedną z twoich ulubionych cech w nim. To, że wciąż potrafi znaleźć miejsce na humor, nie uciekając przy tym od prawdy.
W drodze powrotnej mówi: „Nie mogę prosić, żebyś nazywał mnie ojcem”.
„Dobrze”, mówisz. „Bo to byłoby dziwnie agresywne”.
Kiwa głową z kamienną twarzą. „Zanotowałem”.
„Ale”, dodajesz, wpatrując się w mijane drzewa przez okno, „może kiedyś tam dotrę”.
Ściska kierownicę nieco mocniej.
Nie patrzy na ciebie.
„W takim razie spędzę resztę życia, będąc wartym tego, by do mnie dotrzeć”.
Leave a Comment