Ethan siedział na drugim końcu mojej kanapy, opierając łokcie na kolanach, z dłońmi zaciśniętymi tak mocno, że kostki jego palców zbielały od prawie godziny.
Prawie się nie odzywał, odkąd poprzedniego wieczoru opuściliśmy dom jego rodziców.
Nie dlatego, że we mnie wątpił.
Bo wiara ma swoje konsekwencje, a te nadeszły szybciej, niż żałoba była w stanie się znieść.
W telewizji pokazywano rezydencję Whitmore’ów.
Te same wapienne schody.
Te same okna odbijające zimne poranne światło.
Reporterzy krzyczeli swoje pytania do prawników w ciemnych płaszczach.
„Czy pani Whitmore wiedziała o sprzeniewierzeniu funduszy?”
„Skorumpowani urzędnicy państwowi?”
„Ujawniono rodzinny fundusz powierniczy?”
„Czy przygotowują się do oskarżenia karnego?”
Ethan wyłączył telewizor.
„Ciągle wspominam kolację” – powiedziała cicho.
„Nie oszustwo.
Ryż”.
Spojrzałem na nią.
„Dlaczego ta część?”
„Bo to wszystko wyjaśnia”.
Westchnęła i potarła twarz dłonią.
„Oszustwo to chciwość”.
Wiedziałem, że mój ojciec potrafi racjonalizować chciwość.
Leave a Comment