Ciszej.
Spokojniej.
Grube gliniane ściany zatrzymywały ciepło, wąskie wejście chroniło przed wiatrem, a mały piecyk palił się równomiernie.
Nie było to komfortowe.
Ale była bezpieczna.
Wtedy to usłyszała.
Cichy dźwięk.
Pukanie.
Na początku myślała, że sobie to wyobraziła.
Ale potem usłyszała to ponownie.
Było słabe.
Desperackie.
Eleanor wzięła latarnię i podeszła do wejścia.
Kiedy je otworzyła, lodowaty wiatr uderzył ją w twarz.
I oto stała tam, ledwo trzymając się na nogach, pani Langley.
Jej twarz była blada, usta sine, a ciało trzęsło się niekontrolowanie.
„Eleanor…” wyszeptała.
„Proszę…”
Eleanor nie wahała się ani chwili.
Wciągnęła go do środka.
Wieść rozeszła się szybko.
Nie słowami, ale z desperacją.
Przychodzili jeden po drugim.
Ci sami, którzy się śmiali.
Leave a Comment