Licząc każdy uniesienie i opadnięcie jako potwierdzenie, że noc minęła bezproblemowo. Potem Rahma usiadła. Poruszała się cicho, uważając, by nie obudzić młodszego brata, zwinięta na macie przy drzwiach. Woda była bezcenna, więc umyła twarz w małej misce, starannie zawiązała szalik i weszła do wąskiego kącika kuchennego. W świetle pojedynczej żarówki zaczęła pracować, siekając cebulę, mieszając przyprawy, zapalając palnik gazowy wprawnym ruchem.
Zapach pieprzu i gotującego się oleju powoli wypełniał pomieszczenie, znajomy i uziemiający. Tak właśnie wyglądało teraz jej życie. O wschodzie słońca Rama postawiła na drewnianej tacy duży, przykryty garnek i stos plastikowych misek. Jej ramiona napinały się, ale z zadowoleniem przyjęła ciężar. Przypomniał jej, że wciąż jest w stanie nieść coś pożytecznego. Za miastem budzili się sprzedawcy rozkładający stragany, autobusy niecierpliwie trąbiły, a głosy narastały w powitaniach i kłótniach, które zlewały się w nieustanny szum.
Targ znajdował się na skraju głównej drogi, zakurzony i tętniący życiem, kolorowy i hałaśliwy. Rama zajęła swoje zwykłe miejsce na rogu, wystarczająco blisko, by złapać popołudniowy szczyt, ale wystarczająco daleko, by uniknąć najbardziej agresywnych sprzedawców. Nakryła do stołu, wytarła go do czysta i starannie ułożyła miski. Dzień dobry, córko.
Mama Xob zawołała z sąsiedniego straganu. Mama Xob była starsza, plecy miała zgarbione od lat pracy, twarz pomarszczoną, ale ciepłą. Sprzedawała warzywa, pomidory, okrę i cebulę ułożone w równe stosy. Dla Ramy była kimś więcej niż sąsiadką na targu. Była tarczą. „Dzień dobry, Mamarama” – odpowiedziała, wymuszając uśmiech. Mama Xob wpatrywała się w jej twarz, bystrym wzrokiem nie przeoczyła niczego.
„Znowu nie spałaś” – powiedziała cicho. Rama wzruszyła ramionami. „Było wiele do zrobienia”. Mama Xob wyciągnęła rękę i krótko ją uścisnęła. Pewnego dnia Bóg wynagrodzi te ręce. Rahma skinęła głową, choć nie wiedziała już, jak wygląda nagroda. W południe zaczęli przybywać klienci – motocykliści, urzędnicy, robotnicy budowlani.
Rahma obsługiwała ich z tą samą cichą uprzejmością, odmierzając porcje, starannie licząc monety dwa razy, zanim wrzuciła je do swojej małej sakiewki. Każda sprzedaż miała znaczenie. Czynsz miał być za dwa tygodnie. Leki się kończyły. Czesne jej brata już się spóźniało. Był czas, kiedy jej życie wyglądało inaczej. Rama nie zawsze była sprzedawczynią jedzenia.
Kiedyś nosiła wyprasowane spódnice i nosiła książki zamiast garnków. Marzyła o ukończeniu studiów, o pracy w biurze z czystymi podłogami i stałą pensją. Była dobra w liczeniu. Nauczyciele to zauważyli. Potem nagle zmarł jej ojciec. Potem pojawiły się długi. Potem zachorowała jej matka. Marzenia waliły się cicho, jedno po drugim, aż w końcu przetrwanie zajęło ich miejsce.
A gdzieś w tamtym wcześniejszym życiu był Sadi Bellow. Poznali się, gdy wszystko wydawało się jeszcze możliwe. Sadi był ambitny nawet wtedy. Shar mówiła czarującym głosem, wiecznie niezadowolonym. Mówił o ucieczce od biedy, jakby to była plama, którą można zmyć, jeśli się wystarczająco ciężko pracuje.
Leave a Comment