Gregor pochyla się lekko. „Może powinnaś do kogoś zadzwonić”.
Uśmiechasz się.
„Już mam kogoś na myśli”.
Potem wyjmujesz telefon i wybierasz jedyny numer w Blackwood Holdings, który zawsze odbiera po pierwszym sygnale, niezależnie od pory.
Za trzy odbiera Arthur Pendleton.
„Panie Blackwood?”
Wyraz twarzy Gregory’ego zmienia się, zanim powiesz jeszcze jedno słowo.
To przede wszystkim mówi ci, że wie dokładnie, kim jesteś.
Arthur brzmi na zaniepokojonego, potem ostrożnego, a potem znów zaniepokojonego, gdy przekalkulowuje ryzyko obu. „Proszę pana, czy wszystko w porządku?”
Patrzysz Gregory’emu prosto w oczy.
„Nie” – mówisz. „Nie”.
Następująca po tym cisza jest tak całkowita, że słyszysz, jak lód osiada w pobliskiej szklance.
Gregor blednie.
Nie blady. Biały. Jakby każda kropla krwi napłynęła do środka, by bronić jakiegoś przerażonego organu. W całym pomieszczeniu ciekawość przeradza się w szok. Twój głos się zmienił. Nie ma Jima, spłukanego włóczęgi o zmęczonych ramionach i używanym sztruksie. Na jego miejscu stoi mężczyzna, którego nazwisko widnieje na szczotkowanym mosiądzu nad trzydziestoma siedmioma hotelami, dwunastoma przejęciami biotechnologicznymi i każdą restauracyjną kartą win.
Artur mówi teraz szybko, za szybko. „Proszę pana, jeśli chodzi o obsługę, mogę natychmiast poprosić Gregory’ego, żeby pana ze mną ustawił”.
„Och, Gregory już tu jest” – mówisz. „Stoi metr ode mnie i zastanawia się, czy mnie upokorzyć z powodu rzekomo nieważnej karty”.
Gregory otwiera usta. Zamyka je. Otwiera je ponownie. „Panie Blackwood, nie miałem pojęcia…”
Leave a Comment