„Wszystko w porządku?” pyta.
Unosisz kieliszek. „Stek był wyśmienity”.
Rosemary zaczyna się odsuwać, ale dłoń Gregory’ego ląduje lekko na odwrocie jej książki zamówień. Dla osoby postronnej gest ten może wydawać się niedbały. Dla kogoś, kto zwraca uwagę, to oznaka własności.
„Dobrze” – mówi Gregory. „Więc może powinniśmy się rozliczyć”.
No i proszę.
Nie po kawie. Nie z rachunkiem dyskretnie schowanym w skórzanym pokrowcu. Nie w zwyczajnym, cywilizowanym porządku. Spektakl zaczyna się wcześniej, niż Rosemary przewidywała. Gregory chce, żeby publiczność się przerzedziła. Chce, żeby biedak w złej koszuli poczuł spadek temperatury, a darczyńcy i urzędnicy miejscy wciąż mieli dobry widok.
Rosemary zastyga w bezruchu.
Ona wie, co będzie dalej.
Ty też.
Gregor kładzie przed tobą czarną teczkę obiema rękami, jakby wręczał nagrodę. „Bez pośpiechu” – mówi tonem, który ma zakomunikować coś zupełnie przeciwnego.
Otwierasz ją.
Osiemset siedemdziesiąt cztery dolary, przed napiwkiem.
Kilku gości w pobliżu zerka na mnie, odwraca wzrok, a potem znowu z tą winną ciekawością, którą ludzie mylą z wyrafinowaniem. Prawie słyszysz, jak w ich głowach układają się małe historie. Oszust. Włóczęga. Pijak. Lekcja, której trzeba się nauczyć, o tym, że ambicja góruje nad klasą.
Wyciągasz z tylnej kieszeni prosty skórzany portfel.
Gregory unosi brwi.
W portfelu znajduje się prawo jazdy Jamesa Cartera, skromna kwota gotówki i kilka zwyczajnie wyglądających kart kredytowych powiązanych z dyskretnymi kontami, z których korzystasz podczas tych wycieczek. Wybierasz jedną bez pośpiechu i wkładasz ją do teczki.
Gregor nie rusza się.
„To wszystko” – mówisz.
Uśmiecha się. „Oczywiście”.
Ale nie bierze teczki.
Zamiast tego mówi: „Ostatnio mieliśmy problemy z odrzucaniem kart od klientów, którzy zamawiali bilety bez wcześniejszej rezerwacji, przekraczając swoje możliwości. To czysto kwestia bezpieczeństwa. Jestem pewien, że rozumiesz”.
Teraz otaczający stoliki słuchają otwarcie.
Rosemary przestępuje z nogi na nogę. „Mogę to załatwić” – mówi.
„Nie” – odpowiada Gregory, nie patrząc na nią. „Zajmę się tym osobiście”.
Oczywiście, że tak.
Bierze teczkę i idzie nie do terminala najbliższego stanowiska kelnera, ale do tego przy barze, skąd widzi go połowa sali. Wkłada kartę. Czeka. Patrzy na ekran. Marszczy brwi teatralnie.
Potem, na tyle głośno, by usłyszały go co najmniej cztery stoliki, mówi: „Proszę pana?”.
Leave a Comment