Coś kruchego.
Coś niebezpiecznego.
Coś podobnego do uczucia.
David stał nieruchomo na korytarzu, z ręką zamarłą na klamce gabinetu.
Pieśń, którą śpiewała Abigail, wciąż cicho dźwięczała mu w uszach. Ulubiona Michelle – powolny, przejmujący hymn o przetrwaniu burz.
Skąd Abigail to wiedziała?
Później tego wieczoru ciekawość wzięła górę.
Poczekał, aż słońce zajdzie nisko, rzucając złote promienie na posesję, a potem powoli podszedł na tylną werandę, gdzie Abigail podlewała rabatki.
Odwróciła się zaskoczona.
„Dobry wieczór, proszę pana”.
.”
„Dobry wieczór” – powiedział cicho. „Ta piosenka – ta, którą śpiewałaś w kuchni – gdzie się jej nauczyłaś?”
Abigail spuściła wzrok, wycierając ręce o chustę.
„Moja mama śpiewała ją, kiedy było ciężko. Pomagało jej to zachować siłę. Myślę, że mnie też pomaga”.
David skinął głową z zamyśleniem.
„Moja żona śpiewała tę piosenkę bez przerwy”.
Ich oczy spotkały się na chwilę.
Dwie dusze naznaczone stratą, po cichu rozpoznające w sobie coś znajomego.
Od tego dnia David zaczął zostawać po pracy.
Zaczął zadawać jej drobne pytania – o jej dzień, o szkołę Daniela, o to, co ugotowała.
Nigdy nie uśmiechał się zbyt szeroko, nigdy nie podnosił głosu, ale Abigail zauważyła zmianę.
Leave a Comment