Matteo na ciebie nie patrzy. „Nie”.
„Nie musisz”.
„Wiem”.
Długo czeka.
Potem, z tym samym przerażającym spokojem, jakim posługiwał się w klinice, mówi: „Za pierwszym razem złamał jej szczękę i płakał, wioząc ją na ostry dyżur. Powiedział wszystkim, że poślizgnęła się na lodzie. Za drugim razem złamał trzy żebra. Za trzecim razem powiedziała mi, że go zostawia. Za czwartym razem nie było piątego”. Jego szczęka zaciska się raz. „Oficjalnie to był upadek ze schodów”.
Czujesz, jak chłód przenika twoją skórę niczym woda.
„A nieoficjalnie?”
Matteo się odwraca.
Potem głową. Jego oczy w ciemności są prawie nieczytelne, ale to za mało. „Nieoficjalnie, są ludzie, których ziemia nie powinna trzymać”.
To zdanie nie jest groźbą.
To nekrolog napisany z wyprzedzeniem dla kogoś, kto już odszedł.
Nagle i z całkowitą jasnością rozumiesz, że Matteo Varela jest dokładnie tak niebezpieczny, jak twierdzi miasto. A może nawet bardziej. Różnica polega na tym, że w nim niebezpieczeństwo rządzi się swoimi prawami. Jest celowe. Zdyscyplinowane. Broń, którą nosi przy dzieciach i kobietach, bo aż nazbyt wyraźnie widział, co się dzieje, gdy mężczyźni traktują władzę jak żądzę.
To powinno cię mniej uspokoić niż uspokoić.
„Przerażasz mnie”, mówisz, zanim zdążysz się powstrzymać.
Kiwa głową. „Dobrze”.
Odpowiedź wywołuje u ciebie krótki śmiech.
Leave a Comment