To wszystko.
Zostawia cię z Emmą, lekarstwami, tacą zupy i herbaty oraz numerem telefonu zapisanym obok telefonu na wypadek, gdyby oddech dziecka pogorszył się w nocy. Zamykasz drzwi sypialni. Potem drzwi łazienki. Potem sprawdzasz okna. I znowu zamek. Trauma sprawia, że zwykłe rzeczy stają się rytuałami. Kiedy w końcu siadasz na łóżku z Emmą śpiącą przytuloną do twojej piersi, całe twoje ciało przypomina jeden długi, napięty mięsień.
Mówisz sobie, że to tylko chwilowe.
Mówisz sobie, żeby nie ufać ciszy.
Mówisz sobie, że mężczyźni tacy jak Matteo Varela nie ratują kobiet za darmo.
Wtedy Emma wypuszcza przez sen cichy, lżejszy oddech, mniej mokry niż wcześniej, a twoje oczy zamykają się, zanim podejrzenie zdąży przekształcić się w pewność.
Kiedy się budzisz, jest ciemno.
Przez jedną cudowną sekundę nie wiesz, gdzie jesteś, co oznacza, że przez jedną cudowną sekundę się nie boisz. Potem nagle wracają wspomnienia. Rezydencja. Klinika. Matteo. Ciepło, które wciąż czujesz Pożyczone.
Emma śpi w łóżeczku, policzki zrobiły się chłodniejsze.
Całe ciało boli cię ze strachu, który w końcu rozluźnia zęby.
Wyślizgujesz się z łóżka i podążasz za zapachem kawy na dole, bo matki chorych dzieci uczą się podążać w stronę kofeiny, tak jak marynarze kiedyś podążali w stronę światła. W kuchni na parterze panuje cisza, poza niskim deszczem uderzającym o tylne szyby i odgłosem czytania. Matteo siedzi przy długim drewnianym stole, bez marynarki, z podwiniętymi rękawami, z otwartą teczką obok nietkniętej filiżanki kawy.
Podnosi wzrok, kiedy wchodzisz.
Przez chwilę żadne z was się nie odzywa.
Potem zerka na elektroniczną nianię w twojej dłoni i pyta: „Lepiej?”.
Kiwasz głową. „Gorączka trochę spadła”.
„Dobrze”.
Zostajesz w pozycji stojącej, bo siedzenie oznaczałoby komfort, a komfort tutaj wydaje się jak podstępna podłoga. „Mogę wyjść rano”.
Matteo zamyka teczkę. „Możesz. To byłoby głupie”.
Natychmiast się jeżysz. „Nie masz prawa nazywać mnie głupim”.
Leave a Comment