Chciałam normalności.
Białej sukienki. Podmiejskiego spokoju. Lunchów charytatywnych.
Boże, jaka ja byłam naiwna.
Mój palec zawisł.
Potem nacisnęłam.
Zadzwonił raz.
Dwa razy.
Odebrał przed trzecim.
„Sophia”.
Nie „cześć”.
Nie „niespodzianka”.
Po prostu moje imię.
A coś w jego głosie – ostrym, czujnym – podpowiedziało mi, że już wie, że coś jest nie tak.
Przez sekundę prawie się rozłączyłam.
Bo dzwonienie do niego oznaczało przyznanie, że sama sobie z tym nie poradzę.
Leave a Comment