Prawda była taka, że ty też nie rozpoznałeś kobiety w trumnie. Wmawiałeś sobie, że ją rozpoznałeś, bo żałoba potrzebowała odpowiedzi, a miasto pospieszyło, żeby ci ją dać. Rzeka okropnie wyrządziła krzywdę twarzy. Suknia była haftowaną bluzką Marieli, tą niebieską, którą kupiłeś jej dwa miesiące wcześniej na targu w San Jerónimo. Ciało było wystarczająco podobne wzrostem, budową i kolorytem. Rosa upierała się, że to ona. Zastępca spojrzał, skrzywił się i uznał ubranie za wystarczające. W tym upale, jak wszyscy powtarzali, ciało nie mogło czekać.
Ale teraz Mateo trząsł się przy twojej nodze, a pewność siebie, którą zapożyczyłeś od innych ludzi, zaczęła się rozpadać.
„Otwórz całun” – powiedziałeś.
Rosa odwróciła się do ciebie. „Zwariowałeś?”
„Otwórz go”.
„Po co?” – odkrzyknęła. „Żeby głupoty chłopaka mogły zamienić tę stypę w cyrk?”
Twoje oczy spotkały się z jej, a to, co zobaczyłeś, nie było żalem. To był strach. Nie taki święty. Nie taki, który pochodzi ze śmierci czy tajemnicy. To był nagły, osaczony strach kogoś, czyje kłamstwo właśnie usłyszało kroki.
„Otwórz” – powiedziałeś ponownie, tym razem głośniej.
Nikt się nie ruszył. Nawet kobiety modlące się ucichły. Cieśla, wciąż trzymając młotek i gwoździe, stał nieruchomo, jakby w jakiś sposób stał się częścią mebla. Rosa stanęła obok trumny, zaciskając szczęki, a klatka piersiowa unosiła się i opadała, jakby czegoś broniła. To samo wystarczyło, by twoje tętno zabiło mocniej.
Potem ją odepchnąłeś.
Po raz pierwszy w życiu w gniewie położyłeś ręce na siostrze, a szok przetoczył się przez pokój. Zatoczyła się na bok i uderzyła w ścianę. Don Anselmo, blady i drżący,
Leave a Comment