Ostrożnie odkładasz widelec. „Boję się” – poprawiasz. „Ona też. Po prostu nie może tego powiedzieć na głos”.
Palce Marii zaciskają się na łyżeczce, jakby rozumiała każde słowo. Marcello zauważa ten ruch i wzdryga się, jakby uderzył go ten dowód.
Zanim którekolwiek z was zdążycie powiedzieć coś więcej, gdzieś w penthousie rozbrzmiewa dzwonek. To nie jest zwykły brzęczyk. Jest głębszy, starszy, jak dzwonek do drzwi należący do domu z prawdziwymi wspomnieniami.
Carmen zastyga w bezruchu. „Señor” – mówi nagle ostrożnym głosem. „Jest… dostawa”.
Marcello marszczy brwi. „W Wigilię?” Stoi jak mężczyzna przygotowujący się do stawienia czoła niedogodnościom, ale najpierw jego wzrok kieruje się na Marię, sprawdzając, czy jest niespokojna. Sam fakt, że w ogóle to sprawdza, sprawia, że coś w tobie skręca.
„Otworzę” – oferuje szybko Carmen, ale Marcello macha na nią ręką. „Nie. Otworzę”.
Znika w głębi korytarza, a ty słyszysz, jak jego kroki cichną w długiej, rozbrzmiewającej echem ciszy penthouse’u. Spojrzenie Marii podąża za nim, a potem wraca do ciebie, natarczywe, jakby prosiła cię o interpretację tego, co się dzieje. Lekko dotykasz jej dłoni, uziemiając ją. „W porządku” – szepczesz. „To tylko pudełko”.
Mówisz tak, jakby pudełka nie zmieniały życia.
Marcello wraca, niosąc średniej wielkości paczkę zawiniętą w zwykły brązowy papier. Wygląda zbyt skromnie jak na to miejsce, zbyt zwyczajnie, by znaleźć się pośród importowanej sztuki i drogiej ciszy. Nie ma logo firmy, pieczątki luksusowej marki, tylko odręcznie napisana etykieta i cienka czerwona wstążka przewiązana wokół niej, jakby ktoś próbował uświetnić ją tym, co miał.
Marcello kładzie ją na stole, jakby miała ugryźć.
Leave a Comment