Oczy Marcella znów błyszczą i odwraca wzrok, jakby wstydził się łez. „Jutro… miałeś odejść”.
„Chcę odejść”.
Kiwasz głową, bo kłamstwo teraz zatrułoby proces gojenia. „Byłam” – przyznajesz. „I bałam się, że znowu pomyśli, że została porzucona”.
Dłonie Marcella zaciskają się. „Prawie tak się stało” – szepcze łamiącym się głosem. „Z mojego powodu”.
Pozwalasz, by cisza zawisła między wami, nie karząc go, nie ratując przed nią. Potem lekko pochylasz się do przodu. „Nie cofniesz roku” – mówisz. „Ale jutro możesz zacząć inaczej”.
Kiwa powoli, jakby składał przysięgę. „Specjalistka” – mówi, po czym milknie. „Może nadal może pomóc. Ale… nie jako zastępstwo. Nie jako broń”.
„Dokładnie” – odpowiadasz. „Wsparcie, nie substytut”.
Marcello spogląda w stronę kanapy, na której śpi María, a twardość jego twarzy zmienia się w coś niemal chłopięcego z żalu. „Chcę być ojcem, którego pamięta” – mówi. „Nie mężczyzną, który płacił innym za to, żeby ją kochali”.
Czujesz ucisk w piersi i uświadamiasz sobie, że to może być pierwsze szczere zdanie, jakie wypowiedział od roku.
Poranek Bożego Narodzenia nadchodzi łagodniejszy, niż się spodziewałaś. W apartamencie wciąż panuje cisza, ale to inny rodzaj ciszy, taki, który przypomina koc, a nie więzienie. Budzisz się wcześnie, z przyzwyczajenia, i zastajesz Marcella już w kuchni z podwiniętymi rękawami, wpatrującego się w miskę, jakby to była mowa w obcym języku.
Mrugasz ze zdziwienia. „Co robisz?”
Leave a Comment