Jesteś tu, by go wykończyć.
Grozi ci po cichu, groźbą, której używają tacy jak on, gdy myślą, że wciąż panują nad strachem.
Odpowiadasz z uśmiechem, który nie ma w sobie nic ciepłego.
„Dręczyłeś kogoś, kogo obiecałem chronić” – mówisz. „I koniec z byciem uprzejmym”.
W ciągu miesiąca jest objęty śledztwem.
Lokalne wiadomości nazywają to „szokującą sprawą korupcyjną”.
Mieszkańcy Vila Aurora szepczą jego imię, jakby nagle wymówienie go na głos było niebezpieczne.
Ale Lívia…
Nie świętuj.
Co rano obserwuje plac budowy, z rękami w kieszeniach i niespokojnym wzrokiem.
Wciąż spodziewa się, że ziemia usunie się spod niej.
Stoisz obok niej w odległości, która szanuje jej przestrzeń.
„Czekasz, aż zniknie” – mówisz.
Kiwa głową raz.
„Nauczyłeś mnie, że obietnice są tymczasowe” – odpowiada.
To zdanie boli bardziej niż cokolwiek innego.
Bo nauczyłeś ją tego.
Nie słowami. Nieobecnością.
Więc zostajesz.
Uczestniczysz w spotkaniach.
Podpisujesz dokumenty z jej imieniem na górze.
Nalegasz, żeby otrzymywała pensję jako dyrektor projektu bibliotecznego.
Leave a Comment