„Możemy to omówić na mieście” – mówi. „Będzie szybciej”.
To słowo „szybciej” to pułapka przebrana za wygodę.
Przełykasz ślinę i zmuszasz się do spokojnego tonu. „Nie stawiam oporu. Ale też nie wyjdę z domu bez prawnika. I nagrywam”.
Unosisz telefon, ekran świeci jak mała tarcza.
Młodszy policjant wypuszcza powietrze, nie do końca zirytowany, raczej jak ktoś, kto rozpoznaje rutynę.
„Proszę pani” – mówi – „to tylko po to, żeby wszystko wyjaśnić”.
O mało się nie roześmiałaś, ale wychodzi to jak westchnienie.
Ludzie mówią, że wszystko trzeba uporządkować, kiedy chcą zamącić ci życie.
W każdym razie wychodzisz na werandę, bez łańcucha, z drzwiami niemal zamkniętymi za sobą, bo nie dajesz się wyciągnąć z jedynego miejsca, za które zapłaciłeś przez dziesięć lat odmawiania.
„Powiedz mi, co ona powiedziała, że ukradłem” – żądasz.
Starszy policjant otwiera notes, jakby to było menu.
„Ona twierdzi, że zabrałeś trzydzieści siedem tysięcy dolarów w gotówce z jej sejfu” – mówi – „w ciągu ostatniego roku. Twierdzi, że były przeznaczone na ślub twojej siostry”.
Trzydzieści siedem tysięcy.
Leave a Comment