Wybrała swój nastrój zamiast mojego życia.
Leżałam pod jarzeniówkami, a personel oddziału urazowego krążył wokół mnie, a coś we mnie – coś starego, lojalnego i wyczerpanego – zaczęło pękać.
Nie pękło głośno.
Pęknęło tak, jak pęka fundament: cicho, niewidocznie, aż człowiek zdaje sobie sprawę, że cała konstrukcja jest niebezpieczna.
Tydzień później, kiedy byłam posiniaczona i wciąż trzęsłam się na nogach, sąsiadka wysłała mi zdjęcie.
Jaskrawopomarańczowa kartka przyklejona taśmą do drzwi wejściowych.
Z pieczątką z datami rozpraw.
Duże, czarne słowa:
WYPOWIEDZENIE O ZWOLNIENIU NIERUCHOMOŚCI.
Żołądek ścisnął mi się tak mocno, że poczułam się, jakbym znowu miała wypadek.
Leave a Comment