Rozdział 1: Architektura zwykłości
Poranek zaczął się od cienia pocałunku. To był znajomy rytuał, delikatne muśnięcie ustami czoła, gdy stałam w naszej wysokosufitowej kuchni, ubrana w granatowy uniform, który pachniał lekko sterylnym praniem. Popijałam filiżankę kawy, która już oddała swój żar wczesnemu chłodowi Chicago, a mój umysł był już w połowie dyżuru w szpitalu St. Vincent’s.
Ethan uśmiechnął się do mnie tym naturalnym, rozbrajającym uśmiechem, który był moją Gwiazdą Północną przez dwanaście lat. To był uśmiech mężczyzny, który wiedział, że jest kochany, a może uśmiech mężczyzny, który doskonale wiedział, jak odgrywać rolę kochanego.
„Francja” – mruknął ciepłym barytonem. „Tylko szybki sprint. Trzy dni spotkań logistycznych, dwie noce nudnych kolacji i znowu będę cała twoja”.
Podniósł skórzaną walizkę – tę, którą mu kupiłam na naszą dziesiątą rocznicę – i obiecał wysłać SMS-a po wylądowaniu. Kiedy drzwi wejściowe zamknęły się z kliknięciem, obserwowałam go przez okno, jak wsiada do czekającego Ubera. Wyglądał jak człowiek z czystym sumieniem, człowiek, którego życie było otwartą księgą.
Leave a Comment