Moje dłonie drżały, gdy po raz czwarty w ciągu trzydziestu minut naciskałem kontakt Timothy’ego. Współczujące spojrzenie dyrektora zakładu pogrzebowego sprawiło, że ścisnęło mnie w żołądku, ale zmusiłem się, żeby odwrócić wzrok i skupić się na trumnie Margaret. Polerowany dąb lśnił w szarym porannym świetle, białe lilie spływały kaskadami po mosiężnych uchwytach.
Telefon zadzwonił – raz, drugi, trzeci. Wokół mnie krewni przyjeżdżali czarnymi samochodami, ich przyciszone głosy mieszały się z odległym gwarem ekipy sprzątającej. Ciocia May ściskała chusteczkę, jej oczy były już zaczerwienione. Kuzyn Robert poprawiał krawat, patrząc na zegarek. Wszyscy wydawali się znać swoje miejsce, swoją rolę w tym ostatnim pożegnaniu.
Wszyscy oprócz mojego syna.
Cztery dzwonki. Pięć. Sześć.
„Tato”. Głos Timothy’ego w końcu się przebił, ale coś było nie tak. W tle słychać było hałasy – śmiech, muzykę, głosy nienależące do spotkania biznesowego.
„Timothy, synu, gdzie jesteś? Uroczystość zaczyna się za trzydzieści minut”.
Pauza. Znowu ten dziwny szum w tle. Czy to były… fale?
„Tato, nie dam rady” – powiedział. „Mam ważną sprawę do załatwienia”.
Słowa uderzyły mnie jak lodowata woda. Chwyciłem krawędź trumny Margaret, czując pod dłonią gładkie drewno. Wiedziałaby, co powiedzieć. Zawsze wiedziała, jak się z nim skontaktować, kiedy ja nie mogłem.
Leave a Comment