Burza zaatakowała mnie w najgorszym możliwym momencie – brutalna mieszanka wiatru i marznącego deszczu, która zamieniła leśną ścieżkę w śliską rzekę błota. Mając 63 lata i stawy skrzypiące głośniej niż drzewa wokół mnie, moje ciało krzyczało o przerwę. Wszystkie światła w małej górskiej wiosce już zgasły, a rozsądni mieszkańcy miasta schowali się w ciepłych domach. Miałem się właśnie poddać i schować pod sosną, gdy to zobaczyłem: słabą żółtą poświatę z małej chatki położonej w głębi lasu. Dom starego gajowego.
Moje pukanie było głośne, rozpaczliwe. Chwilę później drzwi się otworzyły, ukazując rosłego mężczyznę z gęstą brodą i wyblakłą blizną na lewym policzku. Nie przestraszył się widoku na wpół utopionego starca na progu; po prostu wyglądał na zirytowanego, że go obudziłem.
„Przepraszam za odwagę” – powiedziałem, szczękając zębami. „Mam na imię Frank. Muszę tylko przeczekać najgorsze. Nie mogę iść dalej”.
„Wsiadaj, wsiadaj” – mruknął, odsuwając się na bok. Chociaż był ode mnie dobre 15 lat młodszy, nazywał mnie „ojcem”, okazując szacunek dla mojego wieku. „Zdejmij ten mokry płaszcz, zanim się przeziębisz”.
Leave a Comment